Bell - słuchanie go to jak jazda rolls-royce'em

Joanna Skiba
2009-10-18 , aktualizacja: 18.10.2009 17:53
A A A Drukuj
Jutro wielki dzień w naszej filharmonii. Zagrają: wspaniałe skrzypce Stradivariusa - kiedyś własność Bronisława Hubermana, wirtuoza urodzonego w Częstochowie - oraz Joshua Bell, jeden z najsłynniejszych obecnie skrzypków świata. Koncert stulecia? Niewykluczone
Joshua Bell
Fot. Karolina Sikorska / AG
Joshua Bell
Kalendarz zajęć Joshuy Bella z ostatnich tygodni: 7-10 października - Chicago, 15-17 października - Sztokholm, 20 października - Częstochowa Także w zakładce "Życiorys" w programie najważniejszych koncertów w sezonie 2009/2010 wzmianka: "Bell wystąpi na festiwalu Hubermana w Filharmonii Częstochowskiej". A obok jednym tchem inne wydarzenia i miejsca: festiwal BBC Proms w Royal Albert Hall (Londyn), koncerty z filharmonikami nowojorskimi, bostońskimi i Academy of St. Martin in the Fields, Carnegie Hall, Paryż, Budapeszt, Madryt, Ateny, Zurych, Stambuł Zaraz po częstochowskim jest jeszcze koncert w Warszawie, ale to przy okazji: amerykański wirtuoz przyjeżdża specjalnie do naszego miasta.

Tak naprawdę jednak nie jest to pierwsza dla nas okazja posłuchania go. Słuchaliśmy Bella setki razy, po kilkakroć w ciągu dnia. Masowo. I wcale nie w radiu czy z płyt. Gdzie zatem? W kinie. I nie tylko w filmach artystycznych, bo także w komercji nastawionej na przyciągnięcie tłumów. Ostatnio - jeszcze w tym roku - w "Aniołach i demonach" z ponurą muzyką Hansa Zimmera. Tom Hanks w ekranizacji powieści Dana Browna (tego od "Kodu Leonarda Da Vinci) ratował Kościół, a przy okazji cały Watykan przed zniszczeniem - dosłownym - właśnie do wtóru skrzypiec Bella. Efektowna scena, w której Ewan McGregor spływa z nieba na spadochronie między rozmodlony tłum na placu św. Piotra, jest tak wzniosła także dzięki Bellowi i jego skrzypcom. Skrzypcom wykonanym przez Stradivariusa, należącym kiedyś do urodzonego w naszym mieście i tu zaczynającego karierę Bronisława Hubermana.

Jeszcze wcześniej Bell zagrał dla filmu "Opór", gdzie dla odmiany przy dawnych skrzypcach Hubermana walczył z hitlerowcami Daniel Craig, na co dzień znany nam jako najnowszy James Bond. Kompozytor James Newton Howard dedykował partie solowe skrzypiec europejskim artystom zabitym w czasie II wojny światowej. A Bell podjął się wykonania, bo jego babka mieszkała niedaleko miejsca, gdzie rozgrywa się akcja "Oporu", na Białorusi.

Jeszcze wcześniej - dwa filmy niekoniecznie nastawione na spektakularny sukces: nastrojowy "Jedwab" z Keirą Knightley i "Wyścig marzeń" z Kurtem Russelem i Krisem Kristoffersonem, kino raczej familijne.

Ważniejszy dla nas jest wyraźny polski trop w twórczości Bella: w 2004 r. muzyk oddał ręce, talent i stradivariusa dla potrzeb filmu "Lawendowe wzgórze". W Kornwalii w 1936 r. dwie dystyngowane panie (Maggie Smith i Judi Dench) wyławiają z morza młodego rozbitka. Okazuje się Polakiem i wirtuozem. Na ekranie widzimy w tej roli Daniela Brühla, ale słyszymy Bella. - Słuchanie jego gry przypominało jazdę bardzo drogim rolls-royce'em - komentował kompozytor muzyki do tego filmu Nigel Hess.

W 2001 r. była muzyka do "Iris" - biografii Iris Murdoch - sola skrzypcowe skomponowane przez Jamesa Hornera. Film z dala od półki "kino masowe", z Oscarem dla aktora Jima Broadbenta oraz nominacjami dla Judi Dench i Kate Winslet.

Najbardziej niezwykły jednak okazał się w 1998 r. udział młodego wirtuoza w filmie "Purpurowe skrzypce". Bell grał wtedy jeszcze na swoim pierwszym stradivariusie. I wygrał dla muzyki z "Purpurowych skrzypiec" Oscara. Trzy lata później ten właśnie instrument sprzedał za 2 mln dolarów. To była połowa kwoty, której potrzebował na kupno skrzypiec Gibson ex Huberman. Na stronie internetowej Bella czytamy, że było to tak, jakby sprzedał starego przyjaciela. Pewnie bolało, ale nie żałował: w stradivariusie Gibson ex Huberman zakochał się od pierwszego słyszenia. I ten właśnie instrument ma charakterystyczny, głęboko czerwony odcień lakieru. To prawdziwe purpurowe skrzypce.

Ta mnogość filmów dobrze pokazuje, że 42-letni Bell to nie wirtuoz dający wyłącznie elitarne koncerty z wysokości Carnegie Hall. Film? Jasne, OK. Wspólna piosenka ze Stingiem? Pewnie. Jazz? No problem. Coś indyjskiego, z Anoushką Shankar i jej sitarem? Już lecę.

Nawet we własnym mieszkaniu - a mieszka w Nowym Jorku - urządza wieczorki muzyczne. Ponieważ apartament ma wielopoziomowy, panie siedzą na schodach, panowie stoją pod schodami, a Bell chodzi po pokoju muzycznym i gra wspomagany przez pianistę.

Pokój muzyczny to brzmi dumnie, ale tak naprawdę wygląda zwyczajnie. Nie oszałamiająco duży. Raczej ciemnawy, choć z dużymi oknami. Sądząc z widoku za nimi, mieszkanie znajduje się gdzieś wysoko: zamiast zieleni ogródka podmiejskiej rezydencji szarzeje tu beton wieżowców. Manhattan? Być może, bo gospodarne wykorzystanie przestrzeni jakoś kojarzy się z oszczędnością lokalową tej wyspy. Wolne miejsce nad i między oknami zajmują regały pełne książek. Muszą: resztę pokoju wypełnia fortepian (i kanapa). Ścianę nad fortepianem gęsto zawieszono fotografiami słynnych skrzypków i kompozytorów. Jest w tym gronie słynne zdjęcie Einsteina z Hubermanem



Podziel się

  • 41 komentarzy
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    13 głosów