http://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Lelowskie centrum świata

Monika Jaremko-Siarska
2007-01-28, ostatnia aktualizacja 2007-01-28 00:00

Pięciotysięczny zaledwie Lelów na kilka dni w roku staje się najważniejszym miejscem dla chasydów. Tak było też w ten weekend.


Fot. Fot: Maciej Kuron / AG
Lelów jest centrum świata dla ortodoksyjnych Żydów, odkąd pod koniec lat 80. na zapleczu miejscowego sklepu z artykułami żelaznymi, postawionego w miejscu przedwojennego cmentarza, odkryto zapomniany grób zmarłego w 1814 roku cadyka Dawida Bidermana. Wydobyte z ziemi szczątki zmarłego zostały wysłane do Uniwersytetu Jerozolimskiego, a ten potwierdził ich autentyczność. Na zapleczu sklepu stworzono więc nagrobną kapliczkę z grobowcem i od przełomu lat 80. i 90. do tego miejsca zaczęli pielgrzymować chasydzi z całego świata.

Choć chasydzkie uroczystości co roku są największym wydarzeniem w miasteczku, mieszkańcy nie biorą w nich udziału. Obserwują jedynie egzotycznych gości, spacerujących pojedynczo i grupkami po ulicach. Co, zdaniem mieszkańców, miasteczko zyskało, goszcząc ich co roku? - Dawniej Lelów był bardzo zabiedzony. A odkąd chasydzi tu przyjeżdżają, gmina ulepszyła nam ulice, zrobiła porządne chodniki, gmina żydowska dała pieniądze na budowę miejscowej kotłowni - mówi 79-letni Stefan Utracki. Martwi się jednak, że w końcu dawni mieszkańcy za jakiś czas będą chcieli odzyskać swoje mienie. - A to przecież dorobek naszego życia - mówi pan Stefan, odgarniając śnieg z chodnika, "bo jednak porządek musi być, światowi goście nie mogą brodzić po roztopach".

Podobne zdanie mają młodzi mieszkańcy Lelowa. - Moja mama pracuje w jednym ze sklepów koło rynku. Jej szef już mówił, że Żydzi będą chcieli je wyburzyć, żeby odtworzyć w tym miejscu cmentarz - mówi 18-letni Sebastian i do razu dodaje: - Ale z drugiej strony miejscowi zarabiają na chasydach. Moja rodzina wynajmuje im pokoje, po 10 dolarów za jedną noc.

Wójt gminy Jerzy Szydłowski denerwuje się, kiedy słyszy obawy mieszkańców. - Przyjeżdżają już z piętnaście lat i nie zgłosili takich roszczeń.

Wójt uważa, że choć materialnie Lelów nie zyskał zbyt wiele, ale dzięki chasydom stał się słynny na cały świat. - Dwa lata temu zostałem zaproszony do Pałacu Prezydenckiego na obchody 15-lecia samorządów. W ogrodach pałacu był bankiet. Właśnie nalewałem sobie piwo, gdy podszedł prezydent Aleksander Kwaśniewski i pyta: "A kolega to skąd?". Odpowiadam: "Panie Prezydencie, nie będzie Pan wiedział, ja z takiej małej wsi o nazwie Lelów". A on na to: "Becikowe i coroczne zjazdy chasydów" - wspomina wójt Szydłowski.

Dlatego władze gminy postanowiły wykorzystać święto jako wizytówkę miejscowości. Cztery lata temu wójt Szydłowski skrzyknął się z paniami z dwunastu Kół Gospodyń Wiejskich, zaprosił do współpracy rabina Simcha z Krakowa i na przełomie sierpnia i września zaczęli organizować Dni Ciulimu i Czulentu. - Dwa, trzy lata temu impreza była jeszcze mało popularna, ale ostatniego sierpnia przyjechało do nas ponad pięć tysięcy gości. Byli aktorzy, zespoły muzyczne, kiermasze. A miejscowa, niebogata ludność, może na tym zarobić - mówi wójt. Nie kryje, że ma nadzieję na większe zyski - namawia chasydów do inwestowania w gminie. - Choć tłumaczą, że nie zajmują się pracą, bogaceniem, że poświęcają czas wyłącznie modlitwie, obiecali jednak pomoc. I przyjechał jeden inwestor, Żyd. Prowadzimy rozmowy o wybudowaniu ujęcia wody mineralnej, sprzedawalibyśmy ją jako koszerną. Sprzedaje się Jurajska, to i nasza miałaby nabywców. A miejscowi znaleźliby pracę w rozlewni - rozmarza się wójt Szydłowski.

Zanim do sklepów trafi woda koszerna, w miejscowej restauracji można popróbować kuchni żydowskiej: nadziewanych gęsich szyjek, ciulimu i czulentu.



Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

0

0 głosów