Na co przeznaczyć 1 procent? Na serce Błażeja
2009-02-05
, aktualizacja: 05.02.2009 22:06
Kiedyś nawet bym nie przypuszczała, że stanę pod kościołem, żeby zbierać pieniądze. Ale dla tego małego zrobię wszystko - uśmiecha się babcia nienarodzonego, a już ciężko chorego chłopca.

Fot. Piotr Deska / AG
W niedziele Marta z rodziną kwestuje w kościołach. - Bywa, że ktoś bierze ulotkę i odchodzi, czyta... i od razu wraca, żeby wrzucić pieniądze. Ludzie różnie dają - po 10 zł, po 20, po 5. Dla mnie liczy się każda kwota, bo muszę uzbierać sumę, której nie potrafię sobie nawet wyobrazić - opowiada mama Błażeja
Marta urodzi Błażeja pod koniec lutego lub na początku marca. "Ciążowe" dokumenty gromadzi w teczce. W foliowej koszulce - zdjęcia synka zrobione podczas USG. Widać czoło, nosek i rękę. - Strasznie się wtedy kręcił i ciągle odwracał - uśmiecha się Marta. - A tu jest jego serce.
To dwie czarne plamki. Ta u góry - jak fasolka. Ta na dole - ledwie widoczna.
W październiku 2008 roku Marta Borowik była w 18. tygodniu ciąży. Prowadzący ją lekarz robił USG i coś go zaniepokoiło. Dał Marcie skierowanie do Rudy Śląskiej, gdzie znajduje się najbliższy Częstochowie ośrodek badań prenatalnych - NZOZ Genom. Wykonane tam badania potwierdziły najgorsze obawy ginekologa: mały Błażej cierpi na HLHS - brak lewej komory serca.
- Pan doktor powiedział mi, że powodem tego mógł być np. wirus. Choćby wirus opryszczki; każdy z nas nosi go w sobie bez żadnej szkody, ale tu akurat mógł zaatakować dziecko - opowiada Marta.
Choroba
Na razie mały jest bezpieczny: oddycha za niego mama, korzysta z jej krwiobiegu. Ale by żyć samodzielnie, musi przejść trzy ciężkie operacje na otwartym sercu. Pierwsza, najdroższa - przeszczepienie łuku aorty - robiona jest kilka dni po porodzie. Dwie pozostałe - w ciągu dwóch pierwszych lat życia. W Polsce coś takiego robi się w Zabrzu, podkrakowskim Prokocimiu, Łodzi i Warszawie.
- Tyle usłyszałam w Rudzie Śląskiej - opowiada Marta. Ma dopiero 21 lat, to jej pierwsze dziecko. Kiedy wróciła z Rudy Śląskiej, od razu siadła do internetu. Chciała się dowiedzieć wszystkiego o chorobie i metodach jej leczenia. I wtedy - na forach internetowych, gdzie komunikują się rodzice innych dzieci z HLHS - przeczytała o prof. Edwardzie Malcu z Monachium. Trafiła też na stronę fundacji Cor Infantis z Lublina - jedynej w Polsce zajmującej się dziećmi nienarodzonymi z wadami serca.
- Natychmiast się z nią skontaktowaliśmy. Tam nam dali numer telefonu do profesora. Zadzwoniliśmy do Monachium. Profesor poprosił o przesłanie mu wyników badań i zakwalifikował Błażeja do operacji. Ale też uprzedził, jakie są to koszty.
Pierwsza operacja kosztuje - wraz z porodem - 32 tys. euro, kolejne dwie - 17 tys. euro każda.
- Dla nas była to kwota niewyobrażalna, ręce nam opadły - opowiadają Marta i jej mama. - Zaczęłyśmy rozważać, czy nie zrezygnować, ograniczyć się do tego, co leży w zasięgu naszych możliwości.
Marta zaczęła jeździć na badania do Centrum Zdrowia Matki Polki. - Bo ostatecznie zdecydowałam się na Łódź. Cały czas jednak tłukła mi się po głowie myśl, że dopiero co było operowane u profesora inne dziecko z Częstochowy - mała Antosia. I że skoro jednemu dziecku się udało, to czemu nam ma się nie udać. Nawiązałam z mamą Antosi kontakt. I tak naprawdę wszystko, co potem robiliśmy całą rodziną, było powtórzeniem drogi, którą przeszli rodzice tamtej dziewczynki.
Pieniądze
Marta Borowik skończyła technikum hotelarskie w "Żeromskim", ale pracuje w biurze firmy budowlanej. Zarabia miesięcznie 845 zł na rękę. Ojciec Błażeja, jak twierdzi Marta, nie pomaga jej, zdecydowała się odejść od niego. Jej brat jeszcze jest uczniem, w tym roku będzie zdawał maturę. Ich mama Olga od 17 lat jest na rencie z powodu niewydolności nerek, dostaje na miesiąc 430 zł. Ojciec - policjant emeryt po zawale serca - ma emerytury i renty w sumie 2700 zł. Z tego wszystkiego nie da się zebrać 66 tys. euro potrzebnych na trzy operacje.
- Dlatego zaczęliśmy prosić o pieniądze innych ludzi. Nigdy w życiu bym nie przypuszczała, że kiedyś stanę pod kościołem ze skarbonką - uśmiecha się pani Olga. Cała rodzina wierzy, że z datków uzbiera się potrzebna kwota.
- Chciałyśmy, żeby ludzie wiedzieli, na co dają. Dlatego wzięłam się za robienie ulotek, opowiadam w nich o chorobie Błażeja. Do tej pory wydrukowałam ich ze 20 tysięcy. Rozdajemy je wszędzie i wszystkim - opowiada pani Olga. - Pojemniki na pieniądze dostałyśmy od fundacji Cor Infantis. Wszystkie zaplombowane, dlatego przez cały czas zbiórki nie mieliśmy pojęcia, ile pieniędzy było w środku.
Skarbonki już są w lubelskiej siedzibie fundacji. Komisyjnie je otwarto, trwa liczenie pieniędzy. Na razie jest tego ok. 60 tys. zł. To ok. 13 tys. euro. Czyli za mało nawet na pierwszą operację.
Fundacja założyła też Błażejowi konto. - Ale żeby ktoś coś wpłacił, musi się o naszym chłopcu dowiedzieć. Dlatego zaczęłyśmy chodzić do firm i prosić o pomoc - opowiadają mama i babcia chłopca.
Pomoc
Naprzeciwko domu Borowików ma siedzibę niewielka firma komputerowa. Jej właściciel gdy dowiedział się o dziecku Marty, założył mu stronę internetową - www.serceblazeja.pl. Na niej publikuje się wszystkie wiadomości o chorym maluchu.
Wielka przezroczysta skarbonka stanęła w zakładzie fryzjerskim w sąsiedztwie.
To dwie czarne plamki. Ta u góry - jak fasolka. Ta na dole - ledwie widoczna.
W październiku 2008 roku Marta Borowik była w 18. tygodniu ciąży. Prowadzący ją lekarz robił USG i coś go zaniepokoiło. Dał Marcie skierowanie do Rudy Śląskiej, gdzie znajduje się najbliższy Częstochowie ośrodek badań prenatalnych - NZOZ Genom. Wykonane tam badania potwierdziły najgorsze obawy ginekologa: mały Błażej cierpi na HLHS - brak lewej komory serca.
- Pan doktor powiedział mi, że powodem tego mógł być np. wirus. Choćby wirus opryszczki; każdy z nas nosi go w sobie bez żadnej szkody, ale tu akurat mógł zaatakować dziecko - opowiada Marta.
Choroba
Na razie mały jest bezpieczny: oddycha za niego mama, korzysta z jej krwiobiegu. Ale by żyć samodzielnie, musi przejść trzy ciężkie operacje na otwartym sercu. Pierwsza, najdroższa - przeszczepienie łuku aorty - robiona jest kilka dni po porodzie. Dwie pozostałe - w ciągu dwóch pierwszych lat życia. W Polsce coś takiego robi się w Zabrzu, podkrakowskim Prokocimiu, Łodzi i Warszawie.
- Tyle usłyszałam w Rudzie Śląskiej - opowiada Marta. Ma dopiero 21 lat, to jej pierwsze dziecko. Kiedy wróciła z Rudy Śląskiej, od razu siadła do internetu. Chciała się dowiedzieć wszystkiego o chorobie i metodach jej leczenia. I wtedy - na forach internetowych, gdzie komunikują się rodzice innych dzieci z HLHS - przeczytała o prof. Edwardzie Malcu z Monachium. Trafiła też na stronę fundacji Cor Infantis z Lublina - jedynej w Polsce zajmującej się dziećmi nienarodzonymi z wadami serca.
- Natychmiast się z nią skontaktowaliśmy. Tam nam dali numer telefonu do profesora. Zadzwoniliśmy do Monachium. Profesor poprosił o przesłanie mu wyników badań i zakwalifikował Błażeja do operacji. Ale też uprzedził, jakie są to koszty.
Pierwsza operacja kosztuje - wraz z porodem - 32 tys. euro, kolejne dwie - 17 tys. euro każda.
- Dla nas była to kwota niewyobrażalna, ręce nam opadły - opowiadają Marta i jej mama. - Zaczęłyśmy rozważać, czy nie zrezygnować, ograniczyć się do tego, co leży w zasięgu naszych możliwości.
Marta zaczęła jeździć na badania do Centrum Zdrowia Matki Polki. - Bo ostatecznie zdecydowałam się na Łódź. Cały czas jednak tłukła mi się po głowie myśl, że dopiero co było operowane u profesora inne dziecko z Częstochowy - mała Antosia. I że skoro jednemu dziecku się udało, to czemu nam ma się nie udać. Nawiązałam z mamą Antosi kontakt. I tak naprawdę wszystko, co potem robiliśmy całą rodziną, było powtórzeniem drogi, którą przeszli rodzice tamtej dziewczynki.
Pieniądze
Marta Borowik skończyła technikum hotelarskie w "Żeromskim", ale pracuje w biurze firmy budowlanej. Zarabia miesięcznie 845 zł na rękę. Ojciec Błażeja, jak twierdzi Marta, nie pomaga jej, zdecydowała się odejść od niego. Jej brat jeszcze jest uczniem, w tym roku będzie zdawał maturę. Ich mama Olga od 17 lat jest na rencie z powodu niewydolności nerek, dostaje na miesiąc 430 zł. Ojciec - policjant emeryt po zawale serca - ma emerytury i renty w sumie 2700 zł. Z tego wszystkiego nie da się zebrać 66 tys. euro potrzebnych na trzy operacje.
- Dlatego zaczęliśmy prosić o pieniądze innych ludzi. Nigdy w życiu bym nie przypuszczała, że kiedyś stanę pod kościołem ze skarbonką - uśmiecha się pani Olga. Cała rodzina wierzy, że z datków uzbiera się potrzebna kwota.
- Chciałyśmy, żeby ludzie wiedzieli, na co dają. Dlatego wzięłam się za robienie ulotek, opowiadam w nich o chorobie Błażeja. Do tej pory wydrukowałam ich ze 20 tysięcy. Rozdajemy je wszędzie i wszystkim - opowiada pani Olga. - Pojemniki na pieniądze dostałyśmy od fundacji Cor Infantis. Wszystkie zaplombowane, dlatego przez cały czas zbiórki nie mieliśmy pojęcia, ile pieniędzy było w środku.
Skarbonki już są w lubelskiej siedzibie fundacji. Komisyjnie je otwarto, trwa liczenie pieniędzy. Na razie jest tego ok. 60 tys. zł. To ok. 13 tys. euro. Czyli za mało nawet na pierwszą operację.
Fundacja założyła też Błażejowi konto. - Ale żeby ktoś coś wpłacił, musi się o naszym chłopcu dowiedzieć. Dlatego zaczęłyśmy chodzić do firm i prosić o pomoc - opowiadają mama i babcia chłopca.
Pomoc
Naprzeciwko domu Borowików ma siedzibę niewielka firma komputerowa. Jej właściciel gdy dowiedział się o dziecku Marty, założył mu stronę internetową - www.serceblazeja.pl. Na niej publikuje się wszystkie wiadomości o chorym maluchu.
Wielka przezroczysta skarbonka stanęła w zakładzie fryzjerskim w sąsiedztwie.
Sąsiedzi - nawet ci dalsi - zaczęli wpłacać pieniądze. Ksiądz pozwolił na zbiórkę pieniędzy po mszy. - W naszej parafii zebraliśmy ok. 4 tys. zł - cieszą się Marta i jej mama.
Trzy szkoły zorganizowały zbiórkę u siebie - "Dąbrowski", gdzie uczy się brat Marty, "Żeromski", gdzie uczyła się sama Marta, i "Anders", gdzie pracuje kuzynka Borowików.
Bo oczywiście zmobilizowała się bliższa i dalsza rodzina. Pomaga też w zbiórkach przy swoich kościołach. - Gdy ludzie widzą, że z puszką czy skarbonką stoi ktoś, kogo znają choćby z widzenia, chętniej wrzucają - opowiada pani Olga. Zjeździła mnóstwo parafii, prosząc proboszczów o pozwolenie na zbiórkę po mszy. - Bywa, że w niedzielę robimy po 100 km, jeżdżąc z nabożeństwa na nabożeństwo - wylicza. - Bardzo pomógł nam list polecający od biskupa Antoniego Długosza. Byłam też we wszystkich większych firmach w Częstochowie i okolicy: w Goliardzie, Michasiu, piekarniach Jędryki i Musiorskiego, Domeksie, Soneksie, w Społem... - A ja kiedyś schodziłam calutką ulicę Kawią, wszystkie firmy, które mają tam siedziby - opowiada Marta. - W Lumineksie pana Jerzego Mrożka pracownicy zbierali dla nas pieniądze między sobą.
A inni?
- Obiecywali, że pomogą. Mam nadzieję, że tak. Ale to się okaże pewnie dopiero w lutym, bo w styczniu firmy rozliczały swój ubiegłoroczny budżet - wzdycha pani Olga. - Rozmawiałam też z prezesem AZS-u panem Pakoszem. Pozwolił na zbiórkę pieniędzy na meczu częstochowian z Jastrzębiem. A na wcześniejszych meczach spiker zapowiadał, że tego dnia będziemy tam z puszkami.
Co dalej?
Kiedy poród? - Teoretycznie powinien być 8 marca - wylicza Marta. - Ale z USG wynika, że może być nawet 20 lutego, bo mały jest dwa tygodnie do przodu z rozwojem. Widać, że on tak bardzo chce żyć... Gdyby było trochę później, może coś uzbieralibyśmy z 1 proc. odliczanego od podatku. Ale nic straconego: z tych pieniędzy będzie można sfinansować drugi zabieg.
Marta musi mieć pieniądze na operację i podróż. - A na miejscu to tylko na wyżywienie: w szpitalu profesora działa fundacja, która finansuje matkom pobyt; płaci się tylko symbolicznie 1 euro dziennie.
A jeśli się nie uda zebrać koniecznej kwoty? Zostaje szpital w Łodzi. - Ale to chyba nic dziwnego, że chcielibyśmy dla dziecka najlepszego lekarza. Chodzi nam tylko o ręce profesora i jego doświadczenie - tłumaczą Borowikowie.
W swoją szansę wierzą twardo. W pokoju pani Olgi stoi koszyk do robót pełen kłębków wełny. Na półce - już gotowe, wydziergane buciki dla Błażeja. Jedne jasnoniebieskie, maleńkie. - To na początek. Te drugie zrobiłam większe - granatowe z białą podeszwą, w którą wrobiłam czerwony pasek, żeby wyglądały jak trampki - pokazuje babcia.
Łóżeczko też już czeka - po mamie. Kiedy Marta z niego wyrosła, poszło do innych dzieci. Krążyło po rodzinie i znajomych, w końcu wróciło do pierwszej właścicielki. Jednak pokoik dla dziecka jeszcze nie jest gotowy. - Bo ludzie tak mówią: nie szykuj go za wcześnie, żeby nie zapeszyć - tłumaczy Marta. - Ale dostałam z MOPS-u talon i jednak trzeba się będzie wybrać na jakieś zakupy...
Można pomóc
Jeśli ktoś zechce przekazać 1 proc. swojego podatku dla małego Błażeja, powinien w zeznaniu PIT wypełnić odpowiednie rubryki. Trzeba wpisać nazwę organizacji pożytku publicznego - Fundacja na rzecz Dzieci z Wadami Serca "Cor Infantis", jej numer w Krajowym Rejestrze Sądowym - 0000290273, a także nazwisko osoby, dla której chce się przekazać pieniądze - Błażej Borowik.
Można też w inny sposób przyłączyć się do zbiórki funduszy na operację chłopca, wpłacając pieniądze na konto: Fundacja na rzecz Dzieci z Wadami Serca "Cor Infantis", Fortis Bank Polska SA 86 1600 1101 0003 0502 1175 2150 - z dopiskiem "Dla Błażeja Borowika".
Szczegółowe informacje znajdują się na stronach: www.corinfantis.org i www.serceblazeja.pl
Trzy szkoły zorganizowały zbiórkę u siebie - "Dąbrowski", gdzie uczy się brat Marty, "Żeromski", gdzie uczyła się sama Marta, i "Anders", gdzie pracuje kuzynka Borowików.
Bo oczywiście zmobilizowała się bliższa i dalsza rodzina. Pomaga też w zbiórkach przy swoich kościołach. - Gdy ludzie widzą, że z puszką czy skarbonką stoi ktoś, kogo znają choćby z widzenia, chętniej wrzucają - opowiada pani Olga. Zjeździła mnóstwo parafii, prosząc proboszczów o pozwolenie na zbiórkę po mszy. - Bywa, że w niedzielę robimy po 100 km, jeżdżąc z nabożeństwa na nabożeństwo - wylicza. - Bardzo pomógł nam list polecający od biskupa Antoniego Długosza. Byłam też we wszystkich większych firmach w Częstochowie i okolicy: w Goliardzie, Michasiu, piekarniach Jędryki i Musiorskiego, Domeksie, Soneksie, w Społem... - A ja kiedyś schodziłam calutką ulicę Kawią, wszystkie firmy, które mają tam siedziby - opowiada Marta. - W Lumineksie pana Jerzego Mrożka pracownicy zbierali dla nas pieniądze między sobą.
A inni?
- Obiecywali, że pomogą. Mam nadzieję, że tak. Ale to się okaże pewnie dopiero w lutym, bo w styczniu firmy rozliczały swój ubiegłoroczny budżet - wzdycha pani Olga. - Rozmawiałam też z prezesem AZS-u panem Pakoszem. Pozwolił na zbiórkę pieniędzy na meczu częstochowian z Jastrzębiem. A na wcześniejszych meczach spiker zapowiadał, że tego dnia będziemy tam z puszkami.
Co dalej?
Kiedy poród? - Teoretycznie powinien być 8 marca - wylicza Marta. - Ale z USG wynika, że może być nawet 20 lutego, bo mały jest dwa tygodnie do przodu z rozwojem. Widać, że on tak bardzo chce żyć... Gdyby było trochę później, może coś uzbieralibyśmy z 1 proc. odliczanego od podatku. Ale nic straconego: z tych pieniędzy będzie można sfinansować drugi zabieg.
Marta musi mieć pieniądze na operację i podróż. - A na miejscu to tylko na wyżywienie: w szpitalu profesora działa fundacja, która finansuje matkom pobyt; płaci się tylko symbolicznie 1 euro dziennie.
A jeśli się nie uda zebrać koniecznej kwoty? Zostaje szpital w Łodzi. - Ale to chyba nic dziwnego, że chcielibyśmy dla dziecka najlepszego lekarza. Chodzi nam tylko o ręce profesora i jego doświadczenie - tłumaczą Borowikowie.
W swoją szansę wierzą twardo. W pokoju pani Olgi stoi koszyk do robót pełen kłębków wełny. Na półce - już gotowe, wydziergane buciki dla Błażeja. Jedne jasnoniebieskie, maleńkie. - To na początek. Te drugie zrobiłam większe - granatowe z białą podeszwą, w którą wrobiłam czerwony pasek, żeby wyglądały jak trampki - pokazuje babcia.
Łóżeczko też już czeka - po mamie. Kiedy Marta z niego wyrosła, poszło do innych dzieci. Krążyło po rodzinie i znajomych, w końcu wróciło do pierwszej właścicielki. Jednak pokoik dla dziecka jeszcze nie jest gotowy. - Bo ludzie tak mówią: nie szykuj go za wcześnie, żeby nie zapeszyć - tłumaczy Marta. - Ale dostałam z MOPS-u talon i jednak trzeba się będzie wybrać na jakieś zakupy...
Można pomóc
Jeśli ktoś zechce przekazać 1 proc. swojego podatku dla małego Błażeja, powinien w zeznaniu PIT wypełnić odpowiednie rubryki. Trzeba wpisać nazwę organizacji pożytku publicznego - Fundacja na rzecz Dzieci z Wadami Serca "Cor Infantis", jej numer w Krajowym Rejestrze Sądowym - 0000290273, a także nazwisko osoby, dla której chce się przekazać pieniądze - Błażej Borowik.
Można też w inny sposób przyłączyć się do zbiórki funduszy na operację chłopca, wpłacając pieniądze na konto: Fundacja na rzecz Dzieci z Wadami Serca "Cor Infantis", Fortis Bank Polska SA 86 1600 1101 0003 0502 1175 2150 - z dopiskiem "Dla Błażeja Borowika".
Szczegółowe informacje znajdują się na stronach: www.corinfantis.org i www.serceblazeja.pl
- 8 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów
-
Na co przeznaczyć 1 procent? Na serce Błażeja
welonica
05.02.09, 22:43
Posłowie i senatorowie z nasze Ziemi Częstochowskiej powinni oddaćjednomiesięczną dietę-mieli wszystkim pomagać-dlatego żeśmy ich wybrali.»
Najczęściej czytane24 htydzień



