Tydzień bez ryneczku na Wałach
26.10.2009
, aktualizacja: 26.10.2009 18:02
Jak znoszą to częstochowianie?
ZOBACZ TAKŻE
- Wielkie sprzątanie ryneczku (19-10-09, 19:43)
- Kupcy z ryneczku: nie poddamy się bez walki (18-10-09, 22:00)
- Ryneczku na Wałach pięć grzechów głównych (04-07-08, 22:33)
m
Tydzień bez ryneczku na Wałach. Jak znoszą to częstochowianie? Cóż, szczęśliwi nie są. Ale zamiast odbijać się od ogrodzenia placu budowy nowego targowiska mijają je beztrosko, by zanurzyć się w cieniu bramy pod numerem 16, która prowadzi do Biznes Centrum. Wchodzę i ja, a tam świat zupełnie inny niż tydzień temu - prawdziwe centrum biznesu.
Zakupy można robić od niemal pierwszego kroku. Wzdłuż ściany, gdzie kiedyś było wejście do sklepu z guzikami Dąbrowskiego, rozłożyły się stoliki z rajstopami, kapciami, butami, obrusami i całym tego typu dobrem galanteryjnym. Po lewej - drobniejsi sprzedawcy z orzechami lub resztką grzybów, a wystarczy minąć zasuwany szlaban, by trafić między znacznie większe stoiska. Winogrona? Pomarańcze? Marcheweczka? Proszę bardzo. Zaaferowane panie wybierają chińskie botki, panowie od dzianin urządzają wyprzedaż bluzek, ówdzie przytulają się w zacisznym kątku męskie gatki, a pan z firankami przekonuje klientkę: - Lambrekiny z tego złotego do każdego okna pasują... Nawet kurteczkę z karakułów można kupić.
Stragany zajęły każdą przestrzeń wolną od ogródków piwiarń. Także pawilony wykonały w tył zwrot: otworzyły dla kupujących wejścia, które do tej pory służyły przyjęciom towaru. By nikt nie miał wątpliwości, ponalepiano gdzie się da kartki ze strzałkami: drogeria, kwiaciarnia, wędliny. Niewiele co prawda zostało miejsca, by przejść, ale kupujących to nie zraża.
Ogólne zamieszanie powiększają samochody z beczułkami piwa: ty tu wybierasz brokuły, a za plecami ci łomoczą dostawcy. Od czasu do czasu któryś zostaje obsztorcowany przez straganiarzy: "Była umowa, że w dzień nie wjeżdżacie?! Była czy nie była?".
Ciężko natomiast znoszą tłok ludzie młodzi a spragnieni, którzy usiłują podjechać pod pub autem. Brak dla nich miejsca. Wczoraj np. co chwila robił się w bramie korek: ktoś, kto planował wjazd, musiał się cofać i wypuszczać tego, co właśnie się przekonał, że nie wjedzie. Do tego przepychali się wokół piesi z siatkami i parasolami.
Nieco spokojniej jest, gdy wyjść z Biznes Centrum w stronę placu Jacka (działa pełną parą) i do pawilonów. Wszystkie są dostępne, bo zostawiono przejście między nimi a ogrodzeniem placu budowy (wiele się na nim nie dzieje, zlikwidowano betonowe ławy i trwa rozwalanie kiosków). Ale w tych, co nie przeniosły się gdzie indziej, nastroje trwają minorowe. - Mamy tu być jeszcze do soboty, a potem nam światło odetną, więc trzeba będzie zamknąć - wzdychają kupcy, a za nimi klienci. Choć niektóre sklepiki - np. jeden z obuwniczych - twardo ogłaszają: pracujemy przez cały czas trwania remontu ryneczku.
Ja im wierzę.
Tydzień bez ryneczku na Wałach. Jak znoszą to częstochowianie? Cóż, szczęśliwi nie są. Ale zamiast odbijać się od ogrodzenia placu budowy nowego targowiska mijają je beztrosko, by zanurzyć się w cieniu bramy pod numerem 16, która prowadzi do Biznes Centrum. Wchodzę i ja, a tam świat zupełnie inny niż tydzień temu - prawdziwe centrum biznesu.
Zakupy można robić od niemal pierwszego kroku. Wzdłuż ściany, gdzie kiedyś było wejście do sklepu z guzikami Dąbrowskiego, rozłożyły się stoliki z rajstopami, kapciami, butami, obrusami i całym tego typu dobrem galanteryjnym. Po lewej - drobniejsi sprzedawcy z orzechami lub resztką grzybów, a wystarczy minąć zasuwany szlaban, by trafić między znacznie większe stoiska. Winogrona? Pomarańcze? Marcheweczka? Proszę bardzo. Zaaferowane panie wybierają chińskie botki, panowie od dzianin urządzają wyprzedaż bluzek, ówdzie przytulają się w zacisznym kątku męskie gatki, a pan z firankami przekonuje klientkę: - Lambrekiny z tego złotego do każdego okna pasują... Nawet kurteczkę z karakułów można kupić.
Stragany zajęły każdą przestrzeń wolną od ogródków piwiarń. Także pawilony wykonały w tył zwrot: otworzyły dla kupujących wejścia, które do tej pory służyły przyjęciom towaru. By nikt nie miał wątpliwości, ponalepiano gdzie się da kartki ze strzałkami: drogeria, kwiaciarnia, wędliny. Niewiele co prawda zostało miejsca, by przejść, ale kupujących to nie zraża.
Ogólne zamieszanie powiększają samochody z beczułkami piwa: ty tu wybierasz brokuły, a za plecami ci łomoczą dostawcy. Od czasu do czasu któryś zostaje obsztorcowany przez straganiarzy: "Była umowa, że w dzień nie wjeżdżacie?! Była czy nie była?".
Ciężko natomiast znoszą tłok ludzie młodzi a spragnieni, którzy usiłują podjechać pod pub autem. Brak dla nich miejsca. Wczoraj np. co chwila robił się w bramie korek: ktoś, kto planował wjazd, musiał się cofać i wypuszczać tego, co właśnie się przekonał, że nie wjedzie. Do tego przepychali się wokół piesi z siatkami i parasolami.
Nieco spokojniej jest, gdy wyjść z Biznes Centrum w stronę placu Jacka (działa pełną parą) i do pawilonów. Wszystkie są dostępne, bo zostawiono przejście między nimi a ogrodzeniem placu budowy (wiele się na nim nie dzieje, zlikwidowano betonowe ławy i trwa rozwalanie kiosków). Ale w tych, co nie przeniosły się gdzie indziej, nastroje trwają minorowe. - Mamy tu być jeszcze do soboty, a potem nam światło odetną, więc trzeba będzie zamknąć - wzdychają kupcy, a za nimi klienci. Choć niektóre sklepiki - np. jeden z obuwniczych - twardo ogłaszają: pracujemy przez cały czas trwania remontu ryneczku.
Ja im wierzę.
- Dodaj komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
13 głosów




