Miasto przystępuje do wojny. Z plagą komarów i meszek
2010-06-07
, aktualizacja: 07.06.2010 22:38
Tereny, które dotknęła powódź zmagają się z kolejnym problemem: w resztkach wody lęgną się chmary komarów, kuczmanów oraz meszek. Częstochowa planuje zmasowany atak na insekty.
ZOBACZ TAKŻE
- Działkowcy: Aż nie chce się pracować (13-06-10, 14:23)
- Jakie błędy robią powodzianie? (13-06-10, 13:57)
- Komary? Na razie walczcie indywidualnie (10-06-10, 15:00)
Gdzie nie dotarła druga fala powodziowa, tereny pomału obsychają. Tworzą się dziesiątki bajorek i kałuż. To raj dla komarów, kuczmanów (mniejsza wersja komara, ale równie nieprzyjemna dla człowieka) oraz meszek, których ukłucie nie tyle swędzi, co solidnie boli i nierzadko wymaga interwencji lekarza.
- Na ulicy Szajnochy komarów jest tyle, że oddechu nie da się wziąć, żeby kilku nie połknąć - skarży się pan Tadeusz z Aniołowa. - Coś koszmarnego.
Zaczęło się w piątek, razem z ociepleniem. A komar im jest cieplej, tym mniej czasu potrzebuje, by się wykluć, dojrzeć i rozmnożyć. Warunek: samica musi się napić krwi kręgowca, chętnie człowieka, bo jest w niej składnik, bez którego nie wyprodukuje jaj.
- Nasza ulica biegnie wzdłuż Warty i za oknami mamy zalane łąki. Nie dość, że stojąca woda cuchnie potwornie, to jeszcze aż się rusza, tyle komarów z niej wyfruwa - opowiada Arkadiusz Lipiński, mieszkaniec ul. Zelwerowicza na Aniołowie. - Są jakby bardziej agresywne. Nie czekają na wieczór, żeby kąsać. Potrafią obsiąść człowieka w pełnym słońcu.
Waldemar Żyła z działu przyrodniczego Muzeum Górnośląskiego w Bytomiu uspokaja: - To te same gatunki komarów, kuczmanów i meszek, które pojawiają się co roku. Gryzą z takim samym natężeniem. Tylko jest ich dużo więcej.
Lipiński przypomina sobie, że po powodzi w 1997 roku też była plaga komarów, ale władze Częstochowy od razu zareagowały. - Zastosowali opryski i wszystko się uspokoiło. Tym razem chcą pozwolić, żeby komary nas pożarły? - denerwuje się.
Poza domowymi preparatami i urządzeniami są bowiem metody pozbycia się problemu całościowo. Np. firma Dezder z Góry Kalwarii stosuje opryski. Gdy komar jest w stadium larwy, opryskuje się wodę. Preparat tworzy trującą warstwę i zabija larwy wypływające na powierzchnię. Natomiast gdy komary są dojrzałe, preparat musi trafić na rośliny, na których przysiadają.
We Wrocławiu - nawet bez powodzi - już od dobrych 10 lat prowadzona jest totalna wojna z komarami i coroczne opryski. - W tym roku na ten cel przeznaczą 400 tys. zł - informuje Sławomir Jończyk z częstochowskiego wydziału ochrony środowiska. Nie kryje, że w naszym magistracie dyskutuje się o komarach już od ubiegłego tygodnia. Wczoraj zapadła ostateczna decyzja, że w zalanych dzielnicach zostanie zastosowane chemiczne zwalczanie komarów. Trzeba wybrać firmę, która zrobi to dobrze, szybko i z użyciem preparatu, który nie zabije innych owadów, np. pszczół. Nie planuje się oprysków z samolotów, a przy użyciu agregatów rozmgławiających środek komarobójczy.
- Jednorazowy oprysk jednego hektara kosztuje między 300 a 550 zł w zależności od preparatu oraz ukształtowania terenu - wylicza Jończyk. - Pieniądze musimy wygospodarować z budżetu wydziału, więc jeszcze nie mogę powiedzieć, jaki teren zostanie objęty akcją. Na pewno będzie nam chodziło o miejsca zamieszkane przez ludzi, a nie pustkowia.
W ciągu 10 dni wydział powinien się uporać z wyborem firmy. Kiedy ruszy akcja będzie zależeć od pogody (w czasie deszczu opryski są nieskuteczne) i terminów, którymi będzie dysponować firma. Z tym zaś może być różnie, bo z podobnym kłopotem borykają się wszystkie miejscowości, przez które przeszła powódź. Dlatego także urząd wojewódzki myśli o ogólnoregionalnej wojnie z komarami. Dziś mają zapaść pierwsze decyzje. A na razie w Bieruniu na Śląsku zostanie przeprowadzona tzw. dezaderyzacja, czyli pozbawianie zalanego terenu upiornego fetoru. - To jednak operacja tańsza w porównaniu z odkomarzaniem - informuje Marta Malik, rzeczniczka wojewody śląskiego.
- Na ulicy Szajnochy komarów jest tyle, że oddechu nie da się wziąć, żeby kilku nie połknąć - skarży się pan Tadeusz z Aniołowa. - Coś koszmarnego.
Zaczęło się w piątek, razem z ociepleniem. A komar im jest cieplej, tym mniej czasu potrzebuje, by się wykluć, dojrzeć i rozmnożyć. Warunek: samica musi się napić krwi kręgowca, chętnie człowieka, bo jest w niej składnik, bez którego nie wyprodukuje jaj.
- Nasza ulica biegnie wzdłuż Warty i za oknami mamy zalane łąki. Nie dość, że stojąca woda cuchnie potwornie, to jeszcze aż się rusza, tyle komarów z niej wyfruwa - opowiada Arkadiusz Lipiński, mieszkaniec ul. Zelwerowicza na Aniołowie. - Są jakby bardziej agresywne. Nie czekają na wieczór, żeby kąsać. Potrafią obsiąść człowieka w pełnym słońcu.
Waldemar Żyła z działu przyrodniczego Muzeum Górnośląskiego w Bytomiu uspokaja: - To te same gatunki komarów, kuczmanów i meszek, które pojawiają się co roku. Gryzą z takim samym natężeniem. Tylko jest ich dużo więcej.
Lipiński przypomina sobie, że po powodzi w 1997 roku też była plaga komarów, ale władze Częstochowy od razu zareagowały. - Zastosowali opryski i wszystko się uspokoiło. Tym razem chcą pozwolić, żeby komary nas pożarły? - denerwuje się.
Poza domowymi preparatami i urządzeniami są bowiem metody pozbycia się problemu całościowo. Np. firma Dezder z Góry Kalwarii stosuje opryski. Gdy komar jest w stadium larwy, opryskuje się wodę. Preparat tworzy trującą warstwę i zabija larwy wypływające na powierzchnię. Natomiast gdy komary są dojrzałe, preparat musi trafić na rośliny, na których przysiadają.
We Wrocławiu - nawet bez powodzi - już od dobrych 10 lat prowadzona jest totalna wojna z komarami i coroczne opryski. - W tym roku na ten cel przeznaczą 400 tys. zł - informuje Sławomir Jończyk z częstochowskiego wydziału ochrony środowiska. Nie kryje, że w naszym magistracie dyskutuje się o komarach już od ubiegłego tygodnia. Wczoraj zapadła ostateczna decyzja, że w zalanych dzielnicach zostanie zastosowane chemiczne zwalczanie komarów. Trzeba wybrać firmę, która zrobi to dobrze, szybko i z użyciem preparatu, który nie zabije innych owadów, np. pszczół. Nie planuje się oprysków z samolotów, a przy użyciu agregatów rozmgławiających środek komarobójczy.
- Jednorazowy oprysk jednego hektara kosztuje między 300 a 550 zł w zależności od preparatu oraz ukształtowania terenu - wylicza Jończyk. - Pieniądze musimy wygospodarować z budżetu wydziału, więc jeszcze nie mogę powiedzieć, jaki teren zostanie objęty akcją. Na pewno będzie nam chodziło o miejsca zamieszkane przez ludzi, a nie pustkowia.
W ciągu 10 dni wydział powinien się uporać z wyborem firmy. Kiedy ruszy akcja będzie zależeć od pogody (w czasie deszczu opryski są nieskuteczne) i terminów, którymi będzie dysponować firma. Z tym zaś może być różnie, bo z podobnym kłopotem borykają się wszystkie miejscowości, przez które przeszła powódź. Dlatego także urząd wojewódzki myśli o ogólnoregionalnej wojnie z komarami. Dziś mają zapaść pierwsze decyzje. A na razie w Bieruniu na Śląsku zostanie przeprowadzona tzw. dezaderyzacja, czyli pozbawianie zalanego terenu upiornego fetoru. - To jednak operacja tańsza w porównaniu z odkomarzaniem - informuje Marta Malik, rzeczniczka wojewody śląskiego.
- 16 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
19 głosów
-
Miasto przystępuje do wojny. Z plagą komarów i ...
piotrns
08.06.10, 00:31
Już mi się znudziły. Takie tytuły. W gazecie. Wyborczej. Wymyślcie coś innego.Szybko.»
-
Ci z GW znowu jezyk wojenny.Oni w koło walczą z PL
nielenin
08.06.10, 09:17
komar w dupe użre to na GW Zbrojna agresja!Atak biologiczny! Komary kontratakują.Trwa obrona dupy!W koło atakuja Polaków to dla GW trwa bez przerwy wojna. A objawia się to wwojennych »
-
Ale wspaniale...
malauchatka
01.08.10, 09:38
Dziś mamy 1 sierpnia, za 21 dni akcja będzie bezprzedmiotowa ponieważ zacznąsię chłodne noce i komary stopniowo zanikną do wiosny.Radni z Częstochowy mają łeb, jak... mój koń.»




