Ojciec gonił za komturem, stryj był przy królu

Joanna Skiba
2010-07-15 , aktualizacja: 15.07.2010 22:10
A A A Drukuj
Jego rodzina skorzystała na grunwaldzkiej bitwie. Nawet bardzo. A on, choć jej nie widział, stworzył najbardziej wiarygodną relację z niej. To Jan Długosz oczywiście, słynny kronikarz, proboszcz z Kłobucka.
ZOBACZ TAKŻE
- Siadać mi tu zaraz na zadkach i słuchać! - huknął starosta brzeźnicki. - Król jegomość przykazał, żeby w święto Rozesłania Apostołów ojciec synowi, a syn swoim synom przekazywali historię wielkiej bitwy z zakonem krzyżackim i wielkiego zwycięstwa, a w kościołach

- Tata, a Jan się szczypie - zabrzęczał Jakusz spod saganka wciśniętego na głowę.

- Ja się szczypię? Ja cię zaraz przez łeb zdzielę, aż ci przyłbica za uszy wejdzie - rozdarł się starszy brat zza tarczy uczynionej z denka od beczki.

- Szczypiesz, szczypiesz - doniósł Janusz. Miał miecz ze sztachety, więc nikt nie był mu straszny.

Zakotłowało się w gromadce chłopaków. Starosta oczy wzniósł ku niebu, rozdzielił sprawiedliwie klapsy, każdemu po jednym, pociągnął z dzbanka kwaśnego mleka i przystąpił do opowiadania. Synowie znali je dobrze: od lat w dzień 15 lipca zamieniali się w rycerzy i - w końcu - cichli zasłuchani. Teraz też zniknął im sprzed oczu zamkowy sadek. Widzieli pole Grunwaldu, rozprażoną słońcem równinę, słyszeli łomot żelaza i kwik oszalałych koni

Ojciec nie ma zbroi jak wielki pan. Nie stać na nią szeregowego rycerza małej chorągwi wieluńskiej, pod Grunwaldem zasilonej przez zaciężne wojska ze Śląska, Czech i Moraw. Ale nic to. Wymazany kurzem, potem i krwią - w większości cudzą - kończy bitwę wiodąc na powrozie niemieckiego rycerza. Widać znaczny ktoś, bo zbroję, owszem, posiada. Król objeżdża pobojowisko na swoim cisawym wałachu z łysinką na czole, za nim Witold - z miną autora. Gdy są już blisko, Jan widzi, jak kniaziowi oczy mrużą się nagle w dwie szpary wypełnione nienawiścią. - No proszę, Markward von Salsbach - cedzi wielki książę i uśmiecha doprawdy paskudnie.

Ani przypuszczał Jan z Niedzielska, ile satysfakcji sprawił litewskiemu panu biorąc tego właśnie jeńca. Komtur brandenburski Markward stał się osobistym i śmiertelnym wrogiem Witolda, kiedy jako poseł Krzyżaków przebywał na jego dworze. Zarzucił mu wtedy wiarołomstwo - publicznie, wobec poddanych. A jakby tego było mało, na dokładkę zelżył cześć jego matki Biruty, żony księcia Kiejstuta. Teraz Witold nie kryje euforii. Wystarczy słowo do króla, a Jan ekspresem awansuje z burgrabiego na starostę w Brzeźnicy i Nowym Korczynie. To samo robią jego dochody.

A komtur? Jagiełło, władca prawdziwie chrześcijański, prosił kuzyna, by puścił jeńca wolno. Witold aż tak dobrym chrześcijaninem nie był. Markward jeszcze tego samego dnia zadyndał na gałęzi.

- I co dalej?

- Tata, a Jan się szczypie

Janów było dziesięciu

Długoszowie mówili o sobie, że są z Niedzielska pod Wieluniem, choć tak naprawdę przyjechali tam ze Śląska. Mikołaj Długosz miał dobra w Ziemi Sandomierskiej i syna Jana. Ten został burgrabią zamku w Brzeźnicy niedaleko Radomska. Należała także do niego wieś Grabowa niedaleko Borowna i Częstochowy. A panna Beata z Borowna, szlachcianka herbu Szreniawa okazała się uroczą sąsiadką. Jan uderzył zatem w koperczaki i rychło dali na zapowiedzi.

Ich pierwszy syn dostał imię po ojcu - Jan. Dwaj następni nie przeżyli, więc - skoro imię Jan okazało się szczęśliwe dla pierworodnego - rodzice uznali, że ochroni też drugiego syna (formalnie czwartego). A potem trzeciego, czwartego, piątego, dziesiątego Bo Jan Długosz miał w sumie dziesiątkę synów Janów, tych żyjących. Żeby ich jakoś odróżnić, wołano na nich: Janusz, Jakusz albo Jaśko.

Jan Długosz kronikarz przyszedł na świat pięć lat po Grunwaldzie. Był tym drugim synem, formalnie czwartym. Chorowitym, więc od razu przeznaczono go do stanu duchownego. Tym bardziej, że księdzem był stryj chłopca - Bartłomiej Długosz, kapelan króla Władysława Jagiełły.

Ucz się, Jasiu

- Napisałeś? Bardzo dobrze, pilny chłopak. Ucz się, a jak umrę, zostawię ci probostwo w Kłobucku. Święcenia przyjmiesz później.

- Ale, stryju, ja to bym chciał być kanonikiem w Krakowie.

- Jak pojedziesz do Krakowa, probostwo przekażesz któremuś z braci. Ty Jan, on Jan

- Stryju, a to prawda, że zostałeś tu proboszczem w nagrodę? Za tamtą bitwę z Krzyżakami?

- Prawda, choć się nie biłem. Byłem za to przy królu

To Bartłomiej odczytał znak na niebie w noc przed bitwą, podczas postoju pod Dąbrownem. Na tarczy księżyca w pełni pojawiła się sylwetka męża w koronie najpierw walczącego z mnichem, a potem zrzucającego go w dół. Następnego ranka plotkowali o tym wszyscy rycerze i pachołkowie, żegnając się pobożnie. Niedowiarków przekonało opowiadanie naocznego świadka - kapelana samego Jagiełły. I już nikt nie miał wątpliwości, że to cud i zapowiedź zwycięstwa nad zakonem.

A potem przyszedł wtorek, dzień Rozesłania Apostołów. Bartłomiej czuwał w kącie królewskiego namiotu, gotów w każdej chwili pospieszyć ku władcy z duchowym pokrzepieniem. Słyszał odgłosy narady. Król, wielki książę, podkanclerzy Mikołaj Trąba uzgadniali taktykę.

Jedno z jej założeń ksiądz z Kłobucka - choć na wojaczce znał się tyle, co nic - zrozumiał od razu: skwar płynął z nieba, a Jagiełło pozwolił Krzyżakom czekać w pełnym słońcu. Sam, ukryty w leśnym cieniu słuchał mszy za mszą. Jedną z nich odprawiał jego kapelan Bartłomiej. Nie spieszył się

Nie pójdziesz do szkoły

Jan ostatni raz obejrzał się na dom i odetchnął. Wreszcie wyjeżdża, ma z głowy macochę, jej awantury o ekspens, jaki przyniesie nauka pasierba w Akademii Krakowskiej. Skąpa baba, nie lubił jej. No, może ma trochę racji, że wychowanie i zabezpieczenie przyszłości tuzina chłopaków kosztuje. Ale dlaczego zamierza oszczędzać akurat na nim? Na szczęście tu nie postawiła na swoim.

Kiedy Beata Długoszowa umarła, owdowiały starosta brzeźnicki ożenił się ponownie. Macocha pochodziła z rodu Mężyków z Dąbrowy w Ziemi Sieradzkiej. Wraz z nią młodzi Długosze poznali jej brata - Jana Mężyka herbu Wadwicz, wybitnego dyplomatę, pod koniec życia wojewodę lwowskiego.

- Naprawdę, panie, byliście pod Grunwaldem przy samym królu?

- O, tak. Jako Ślązak z pochodzenia po niemiecku biegle władam, więc kiedy heroldowie Wielkiego Mistrza przybyli z dwoma mieczami, mnie król wezwał, bym mu ich słowa przetłumaczył. Ja też w jego imieniu im odpowiadałem

- Że mieczów ci u nas dostatek?

- Ale że je przyjmuje.

- I co dalej?..

- A dalej to trafiłem do straży, co otaczała króla podczas bitwy. 60 nas było: książę mazowiecki, stryjeczni bracia królewscy, podkanclerzy Trąba, Zbigniew z Oleśnicy

Człowiek biskupa

Zbigniew z Oleśnicy - mówią, że pierwszy po królu. Choć wszyscy, z Jagiełłą na czele wiedzą, że króla nie lubi. Jan pilnie sprawuje obowiązki jego sekretarza. Mieć takiego mentora to jest coś

Pamięta Grunwald, o, tak. Jak ma nie pamiętać, skoro rycerze z królewskiej chorągwi kazali mu się wynosić, gdy przygalopował do nich wzywając na pomoc Jagielle? I kto to podniósł głos i miecz na posłańca króla, wrzeszcząc, żeby im nie przeszkadzać w bitwie? Niejaki Kiełbasa herbu Nałęcz. Phi A sytuacja była poważna, Krzyżacy posunęli się zbyt blisko Jagiełłowej eskorty. W końcu jeden - Dipold Křkeritz - wyrwał się z tumultu na swoim ryżym koniu i ruszył na górkę, z której Władysław kierował ruchami wojsk. Pewnie mu się jego zbroja podobała. No, lepiej by zrobił uganiając się po polu za Jakubem Nadobnym, synem starosty z Krzepic. Ten dureń sprawił sobie specjalnie na tę okazję zbroję aż we Florencji. Dziwna rzecz, swoją drogą: zakład płatnerski prowadziła niewiasta. Może dlatego zbroja wyglądała jak cacko, więcej na niej było ozdóbek i drogich kamieni niż żelaza. Oczywiście za nią nie zapłacił. Zakład przez lata ścigał rodzinę monitami.

A wracając do Dipolda. Tak, Zbigniew z Oleśnicy, niespełna dwudziestolatek, gryzipiórek z dworskiej kancelarii powalił zaprawionego w bojach rycerza, choć za cały oręż miał tylko kawałek kopii. Król rzucił się z podziękowaniami i nagrodami, rycerzem uczynić chciał Phi. Usłyszał: nie, dzięki, wolę być wcielony nie do świeckiego wojska, lecz do duchownego i walczyć dla Chrystusa niż dla ziemskiego i śmiertelnego króla. Opłaciło się, wkrótce został biskupem krakowskim

- Księże biskupie, i co dalej?...

Rozmowa z Marcelim Antoniewiczem*

Joanna Skiba: - Pomijając ozdóbki fabularne typu kwaśne mleko, osoby i fakty w tym tekście są autentyczne...

Dr Marceli Antoniewicz: - Tak. Jan Długosz ojciec, burgrabia z Brzeźnicy koło Radomska, syn Mikołaja miał dziesięciu synów Janów, w tym późniejszego kronikarza. Rzeczywiście pod Grunwaldem pojmał komtura Markwardta, którego nienawidził Witold; komtura powieszono, a burgrabia został starostą. Brat Jana, Bartłomiej z Kłobucka, kapelan króla oglądał znaki na niebie przed bitwą i odprawiał przed nią mszę. Dostał potem probostwo kłobuckie i zażyczył sobie, by bratanek Jan, nasz kronikarz, był jego następcą (kiedy wyjechał jako kanonik krakowski, posadę objął jego brat; mieliśmy w Kłobucku dynastię proboszczów). Prawdziwa jest Beata, matka dziesiątki Długoszów i jej następczyni z rodu Mężyków, skąpiąca naszemu Janowi na naukę w Krakowie. I rzeczywiście jej brat, Jan Mężyk, znakomity rycerz, tłumaczył królowi słowa heroldów, którzy przynieśli miecze. W prawdziwość Zbigniewa z Oleśnicy nikt nie wątpi, a jego przygody pod Grunwaldem opisał sam Długosz bardzo dokładnie. Autentyczny jest nawet rycerz Nadobny (notabene on właśnie był w grupie rabusiów, która najechał klasztor jasnogórski, splądrowała go i pokaleczyła Cudowny Obraz) i jego wymyślna zbroja kupiona we Włoszech u kobiety. Nawet niezapłacony rachunek się zgadza...

Na ile wiarygodny jest opis bitwy grunwaldzkiej sporządzony przez kronikarza Jana Długosza? Nie widział jej przecież, urodził się pięć lat po niej, znał ją tylko z relacji

- Ale jakich relacji! Jego osobista ocena wydarzeń nie zmienia faktu, że informatorów miał znakomitych: biskup krakowski, tłumacz i kapelan króla, ojciec - rycerz w jednej z chorągwi Wszyscy to świadkowie naoczni, jedni w samym "sztabie", inni w środku bitwy.

Nie wymienia jednak ojca i stryja z nazwiska.

- Rzeczywiście. W dodatku opowieści o komturze brandenburskim nie znajdziemy w samych "Rocznikach", lecz w dziełku Długosza poświęconym chorągwiom zdobytym na Krzyżakach.

Długosz wykorzystywał tylko relacje świadków, czy także źródła pisane?

- Opierał się nawet na źródłach niemieckich. Przede wszystkim jednak, na napisanej anonimowo tuż po bitwie pracy "Cronica Conflictus Wladislai Regis Poloniae cum Cruciferis Anno Christi 1410", czyli "Kronice konfliktu Władysława Króla Polskiego z Krzyżakami Roku Chrystusa 1410". Przez lata krążyła w odpisach, nie zachowała się w całości, mamy tylko jej skrót wykorzystywany przez księży podczas nabożeństw 15 lipca (Jagiełło kazał je odprawiać co roku jako podziękowanie za zwycięstwo). Nie ma wątpliwości, że książkę pisała osoba duchowna, więc o autorstwo podejrzewany jest podkanclerzy Mikołaj Trąba. Gdy na soborze w Konstancji krzyżacy zarzucili Jagielle wystąpienie przeciwko chrześcijańskiemu zakonowi, króla bronił tam właśnie Trąba - świetny polityk i dyplomata, jeden z najbliższych współpracowników króla, obecny na najtajniejszych naradach w sprawach państwa, pierwszy prymas Polski. A poza tym pierwszy Polak, który miał realne szanse na bycie papieżem. Starania Trąby w Konstancji wspierała propaganda w kraju, przedstawiając Jagiełłę jako niemal świętego, który wojny wcale nie chciał (dlatego tak zwlekał pod Grunwaldem), a przystąpił do niej dopiero zmuszony przez Wielkiego Mistrza. Taki właśnie obraz starcia przedstawia Długosz.

Jego relacja stała się podstawą opisu bitwy w "Krzyżakach" Sienkiewicza

- A ten z kolei posłużył za podstawę filmowi Aleksandra Forda. I to z niego większość Polaków bierze swoją wiedzę o Grunwaldzie.

Dobrze robi?

- Tak. Konsultantem historycznym był tam prof. Stefan Maria Kuczyński, autor doskonałej książki "Wielka wojna z zakonem krzyżackim" (przydałoby się ją wznowić w tym roku, z okazji rocznicy grunwaldzkiej). Dość purystycznie podszedł do swego zadania i dopilnował, by średniowieczne realia oddano w filmie jak najwierniej.

Czy Długosz bywał w Częstochowie?

- Na pewno. Interesował się Jasną Górą, uważał ją za jedną z największych i najważniejszych gór w Polsce - z powodu kultu, jakim otaczano cudowny obraz. A w końcu, już jako kanonik krakowski, czyli osoba bardzo znacząca, zabiegał o sprowadzenie paulinów z Częstochowy do Krakowa, na Skałkę. Tamtejszy klasztor to właśnie jego fundacja.

* Dr Marceli Antoniewicz jest dyrektorem Instytutu Historii Akademii im. Jana Długosza w Częstochowie. Jego specjalność to Średniowiecze. To on dostarczył nam faktów i ciekawostek z życia Długosza oraz wielkiej bitwy z zakonem krzyżackim w 1410 roku.

Podziel się

  • Dodaj komentarz
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    5 głosów