Chłopak z plakatu, czyli marzenia nabierają kształtów
2010-08-19
, aktualizacja: 20.08.2010 21:44
Niektórzy pytali, ile dał za taką reklamę. Inni przeciwnie - ile mu zapłacono. Jeszcze inni dawali do zrozumienia, że mu woda sodowa uderzyła do głowy. A jemu się nawet nie śniło, że kiedyś będzie na jakimś plakacie.
Na przystanku tramwajowym przy Megasamie z plakatu uśmiecha się młody mężczyzna. "Marzenia nabierają kształtu" - głosi napis. Dalej czytamy: "Krzysztof Żurawski wziął pożyczkę z urzędu pracy i założył studio tatuażu".
- Plakatami zachęcamy ludzi, aby brali sprawy w swoje ręce. Ich bohaterowie mają być inspiracją i żywym dowodem tego, że finansowe wsparcie w biznesie jest na wyciągnięcie ręki. Bo dotacje nie są zarezerwowane dla wybranych, może po nie sięgnąć każdy. Wystarczy tylko pomysł i wytrwałość, aby zrealizować swoje marzenia i powrócić na rynek pracy - tłumaczy Paulina Cius, kierowniczka projektu "Promocja przedsiębiorczości w województwie śląskim".
On jest prawdziwy
Krzysztof Żurawski to częstochowianin. Rzeczywiście mieszka w naszym mieście, tu pracuje. Jak trafił na plakat urzędu pracy?
- Poznałem go, gdy szukałem osób, które po otrzymaniu z urzędu pracy jednorazowej dotacji na rozpoczęcie działalności potrafiły sobie poradzić na trudnym częstochowskim rynku - mówi Andrzej Zaguła z Powiatowego Urzędu Pracy w Częstochowie - Krzysiek od początku tryskał niesamowitą energią. Wiele osób, które założyły własne firmy w dzięki wsparciu PUP, wykazuje zupełnie inną postawę. Sam się o tym przekonałem, próbując ich przekonać do rozmowy. Nie chcą za dużo mówić o swoim biznesie. Uważają, że to tajemnica. A na pytanie, czy zechcieliby opowiedzieć, jak sobie radzą ich firmy po kilku czy kilkunastu miesiącach od rozpoczęcia działalności, odpowiadają z reguły, że może innym razem.
- Drugi "mój" plakat wisiał ponoć na Rynku Wieluńskim. Już go tam nie ma. Słyszałem, że odkleiła go którejś nocy jakaś moja wielbicielka - śmieje się Krzysztof. Rozmawiamy w jego studiu tatuażu. Odbiega od stereotypu tajemniczo-mrocznego pomieszczenia wyklejonego wzorami trupich czaszek, egzotycznych smoków, motyli, motywów celtyckich. Z różowymi ścianami, rozłożystą, skórzaną, pastelową kanapą i wygodną leżanką przypomina raczej salon kosmetyczny. - Przygotowując studio chciałem, by czuły się tu dobrze kobiety. Bo 70 proc. moich klientów to właśnie one - mówi Żurawski.
Jako bezrobotny, w ubiegłym roku otrzymał na swoją działalność dotację z Powiatowego Urzędu Pracy. Ponad 15 tys. zł poszło na sprzęt do tatuażu, lodówkę do przechowywania odczynników, profesjonalny fotel dla klientów oraz komputer. Skórzaną kanapę właściciel studia kupił już za swoje.
Wypalił się przed trzydziestką
Krzysztof nie jest w branży nowicjuszem, sztuką tatuażu zajmuje się od 16. roku życia. Pierwsze nauki pobierał od znajomego swojego ojca. - To był kryminalista, ale tatuaże robił fantastyczne. Zwykłym długopisem wyczyniał cuda - wspomina. - Zaczarował mnie, tatuowanie stało się do dla mnie pasją życia.
Ale nie od razu zawodem. - Ja jestem chłopakiem z Krakowskiej. Życie mnie nie rozpieszczało. Częściej w domu była wódka niż jedzenie. Pamiętam, jak moi koledzy chodzili na lody na Plac Daszyńskiego. Ja szukałem pretekstu, by lodów nie jeść. Nie, żebym nie lubił, po prostu nie było mnie stać, a wstydziłem się przyznać, że nie mam paru groszy na głupiego loda. Życie nauczyło mnie liczyć na siebie, dążyć do celu i nie załamywać się byle czym.
Z zawodu hydraulik (po zawodówce i technikum), przez dziesięć lat pracował w TRW. - Cały czas czułem, że to nie dla mnie. Praca w fabryce wypalała mnie psychicznie. Odżywałem, gdy w weekend jechałem do Warszawy. Tam miałem swoich klientów, którym wykonywałem tatuaże.
Rok temu zwolnił się z pracy, zostając na własne życzenie bezrobotnym.
- Jak na częstochowskie warunki, zarabiałem całkiem przyzwoicie, na rękę ponad 2 tys. zł. Moja ciotka wręcz rozpaczała, gdy usłyszała, że rzuciłem taką pracę. Wszak mam rodzinę: żonę i dwoje małych dzieci. Ale ja, facet przed trzydziestką, już byłem całkowicie wypalony... Postanowiłem, że wreszcie spełnię młodzieńcze marzenia. Dość długo musiałem przekonywać urzędników do swojego pomysłu, byłem już na skraju załamania - wspomina starania o dotację na własną działalność. - Nie mam profesjonalnego wykształcenia, musiałem klarować, po co mi w studiu tatuażu lodówka, kanapa czy telewizor. Zaczęto podejrzewać nawet, że w ten sposób chce sobie urządzić mieszkanie.
W końcu przełamał urzędniczą nieufność. - To się stało gdy przyniosłem zdjęcia moich prac. Zrobiły wrażenie i chyba dowiodły, że warto mi pomóc - wyjaśnia.
Teraz jest szczęśliwy
Teraz Żurawski buduje markę swej firmy. Klienci polecają go sobie nawzajem. Z usług studia korzystają nawet osoby z pierwszych stron kolorowych gazet. - Nie powiem, kto. Tatuowanie to intymny akt, wymagający ode mnie dyskrecji. To zasada, której nigdy nie złamię - zapewnia Krzysztof.
Mówi, że teraz jest człowiekiem szczęśliwym. A życie nabiera nieoczekiwanego dlań tempa: - Jeszcze przed rokiem nie przychodziło mi do głowy, że będę rozdawał wizytówki z nazwą własnej firmy. Że moja twarz znajdzie się na plakacie, będę rozmawiał z dziennikarzami... Jestem szczęściarzem: robię to, co lubię, i jeszcze dobrze na tym zarabiam. Jak dobrze? Powiem tak: w dzieciństwie lodówka w moim domu była często pusta; dziś, gdyby zepsuła mi się lodówka, mógłbym natychmiast iść do sklepu, kupić za gotówkę nową i wypełnić jedzeniem.
Krzysztof pokazuje przyklejone do lustra dwa zdjęcia. Po lewej, z poważnymi minami, bez cienia uśmiechu patrzy przed siebie para dzieci. Po prawej do zdjęcia pozuje dwoje dzieci roześmianych, szczęśliwych. To Oliwier i Lena - dzieciaki Krzysztofa.
- A ci z poważnymi minami to ja i moja siostra. To zdjęcie przypomina mi moje dzieciństwo - paskudne i biedne. Kiedyś postanowiłem sobie, że moje dzieci będą miały lepsze życie niż moje i siostry. Że nie będę jak mój ojciec: gdy coś mi dał, to potem przez lata wypominał - mówi Krzysztof.
Powtarza, że jest szczęściarzem.: - Z urzędu pracy mam fantastyczną reklamę. Gdy plakaty PUP-u pojawiły się na mieście, dzwonili do mnie znajomi pytając, ile za to zapłaciłem. Gratulowali, choć byli i tacy, co mówili, że mi sodówka już bije. To nieprawda: jestem sobą, a to wszystko, co się wokół mnie dzieje, to dar losu. Widać czymś sobie na niego zasłużyłem.
Jeszcze będzie film
W Częstochowie, Katowicach, Rudzie Śląskiej, Tychach i Żorach toczy się akcja filmów, których bohaterami są energiczni i zaradni mieszkańcy naszego regionu, z powodzeniem prowadzący własne firmy uruchomione dzięki dotacjom z urzędu pracy. Krzysztof Żurawski Sylwia Mordaszewska, Agnieszka Pluszyńska-Książek, Damian Tauliczek i Monika Janas to twarze kampanii promującej przedsiębiorczość w województwie śląskim . Filmy oraz specjalny spot reklamowy będzie można zobaczyć na przełomie września i października w Telewizji Polskiej, Telewizji Silesia, a także w multipleksach.
- Plakatami zachęcamy ludzi, aby brali sprawy w swoje ręce. Ich bohaterowie mają być inspiracją i żywym dowodem tego, że finansowe wsparcie w biznesie jest na wyciągnięcie ręki. Bo dotacje nie są zarezerwowane dla wybranych, może po nie sięgnąć każdy. Wystarczy tylko pomysł i wytrwałość, aby zrealizować swoje marzenia i powrócić na rynek pracy - tłumaczy Paulina Cius, kierowniczka projektu "Promocja przedsiębiorczości w województwie śląskim".
On jest prawdziwy
Krzysztof Żurawski to częstochowianin. Rzeczywiście mieszka w naszym mieście, tu pracuje. Jak trafił na plakat urzędu pracy?
- Poznałem go, gdy szukałem osób, które po otrzymaniu z urzędu pracy jednorazowej dotacji na rozpoczęcie działalności potrafiły sobie poradzić na trudnym częstochowskim rynku - mówi Andrzej Zaguła z Powiatowego Urzędu Pracy w Częstochowie - Krzysiek od początku tryskał niesamowitą energią. Wiele osób, które założyły własne firmy w dzięki wsparciu PUP, wykazuje zupełnie inną postawę. Sam się o tym przekonałem, próbując ich przekonać do rozmowy. Nie chcą za dużo mówić o swoim biznesie. Uważają, że to tajemnica. A na pytanie, czy zechcieliby opowiedzieć, jak sobie radzą ich firmy po kilku czy kilkunastu miesiącach od rozpoczęcia działalności, odpowiadają z reguły, że może innym razem.
- Drugi "mój" plakat wisiał ponoć na Rynku Wieluńskim. Już go tam nie ma. Słyszałem, że odkleiła go którejś nocy jakaś moja wielbicielka - śmieje się Krzysztof. Rozmawiamy w jego studiu tatuażu. Odbiega od stereotypu tajemniczo-mrocznego pomieszczenia wyklejonego wzorami trupich czaszek, egzotycznych smoków, motyli, motywów celtyckich. Z różowymi ścianami, rozłożystą, skórzaną, pastelową kanapą i wygodną leżanką przypomina raczej salon kosmetyczny. - Przygotowując studio chciałem, by czuły się tu dobrze kobiety. Bo 70 proc. moich klientów to właśnie one - mówi Żurawski.
Jako bezrobotny, w ubiegłym roku otrzymał na swoją działalność dotację z Powiatowego Urzędu Pracy. Ponad 15 tys. zł poszło na sprzęt do tatuażu, lodówkę do przechowywania odczynników, profesjonalny fotel dla klientów oraz komputer. Skórzaną kanapę właściciel studia kupił już za swoje.
Wypalił się przed trzydziestką
Krzysztof nie jest w branży nowicjuszem, sztuką tatuażu zajmuje się od 16. roku życia. Pierwsze nauki pobierał od znajomego swojego ojca. - To był kryminalista, ale tatuaże robił fantastyczne. Zwykłym długopisem wyczyniał cuda - wspomina. - Zaczarował mnie, tatuowanie stało się do dla mnie pasją życia.
Ale nie od razu zawodem. - Ja jestem chłopakiem z Krakowskiej. Życie mnie nie rozpieszczało. Częściej w domu była wódka niż jedzenie. Pamiętam, jak moi koledzy chodzili na lody na Plac Daszyńskiego. Ja szukałem pretekstu, by lodów nie jeść. Nie, żebym nie lubił, po prostu nie było mnie stać, a wstydziłem się przyznać, że nie mam paru groszy na głupiego loda. Życie nauczyło mnie liczyć na siebie, dążyć do celu i nie załamywać się byle czym.
Z zawodu hydraulik (po zawodówce i technikum), przez dziesięć lat pracował w TRW. - Cały czas czułem, że to nie dla mnie. Praca w fabryce wypalała mnie psychicznie. Odżywałem, gdy w weekend jechałem do Warszawy. Tam miałem swoich klientów, którym wykonywałem tatuaże.
Rok temu zwolnił się z pracy, zostając na własne życzenie bezrobotnym.
- Jak na częstochowskie warunki, zarabiałem całkiem przyzwoicie, na rękę ponad 2 tys. zł. Moja ciotka wręcz rozpaczała, gdy usłyszała, że rzuciłem taką pracę. Wszak mam rodzinę: żonę i dwoje małych dzieci. Ale ja, facet przed trzydziestką, już byłem całkowicie wypalony... Postanowiłem, że wreszcie spełnię młodzieńcze marzenia. Dość długo musiałem przekonywać urzędników do swojego pomysłu, byłem już na skraju załamania - wspomina starania o dotację na własną działalność. - Nie mam profesjonalnego wykształcenia, musiałem klarować, po co mi w studiu tatuażu lodówka, kanapa czy telewizor. Zaczęto podejrzewać nawet, że w ten sposób chce sobie urządzić mieszkanie.
W końcu przełamał urzędniczą nieufność. - To się stało gdy przyniosłem zdjęcia moich prac. Zrobiły wrażenie i chyba dowiodły, że warto mi pomóc - wyjaśnia.
Teraz jest szczęśliwy
Teraz Żurawski buduje markę swej firmy. Klienci polecają go sobie nawzajem. Z usług studia korzystają nawet osoby z pierwszych stron kolorowych gazet. - Nie powiem, kto. Tatuowanie to intymny akt, wymagający ode mnie dyskrecji. To zasada, której nigdy nie złamię - zapewnia Krzysztof.
Mówi, że teraz jest człowiekiem szczęśliwym. A życie nabiera nieoczekiwanego dlań tempa: - Jeszcze przed rokiem nie przychodziło mi do głowy, że będę rozdawał wizytówki z nazwą własnej firmy. Że moja twarz znajdzie się na plakacie, będę rozmawiał z dziennikarzami... Jestem szczęściarzem: robię to, co lubię, i jeszcze dobrze na tym zarabiam. Jak dobrze? Powiem tak: w dzieciństwie lodówka w moim domu była często pusta; dziś, gdyby zepsuła mi się lodówka, mógłbym natychmiast iść do sklepu, kupić za gotówkę nową i wypełnić jedzeniem.
Krzysztof pokazuje przyklejone do lustra dwa zdjęcia. Po lewej, z poważnymi minami, bez cienia uśmiechu patrzy przed siebie para dzieci. Po prawej do zdjęcia pozuje dwoje dzieci roześmianych, szczęśliwych. To Oliwier i Lena - dzieciaki Krzysztofa.
- A ci z poważnymi minami to ja i moja siostra. To zdjęcie przypomina mi moje dzieciństwo - paskudne i biedne. Kiedyś postanowiłem sobie, że moje dzieci będą miały lepsze życie niż moje i siostry. Że nie będę jak mój ojciec: gdy coś mi dał, to potem przez lata wypominał - mówi Krzysztof.
Powtarza, że jest szczęściarzem.: - Z urzędu pracy mam fantastyczną reklamę. Gdy plakaty PUP-u pojawiły się na mieście, dzwonili do mnie znajomi pytając, ile za to zapłaciłem. Gratulowali, choć byli i tacy, co mówili, że mi sodówka już bije. To nieprawda: jestem sobą, a to wszystko, co się wokół mnie dzieje, to dar losu. Widać czymś sobie na niego zasłużyłem.
Jeszcze będzie film
W Częstochowie, Katowicach, Rudzie Śląskiej, Tychach i Żorach toczy się akcja filmów, których bohaterami są energiczni i zaradni mieszkańcy naszego regionu, z powodzeniem prowadzący własne firmy uruchomione dzięki dotacjom z urzędu pracy. Krzysztof Żurawski Sylwia Mordaszewska, Agnieszka Pluszyńska-Książek, Damian Tauliczek i Monika Janas to twarze kampanii promującej przedsiębiorczość w województwie śląskim . Filmy oraz specjalny spot reklamowy będzie można zobaczyć na przełomie września i października w Telewizji Polskiej, Telewizji Silesia, a także w multipleksach.
- 14 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
13 głosów
-
Chłopiec z plakatu
malopolanin.czest
19.08.10, 21:43
I znów za nasze pieniądze wpajaną nam, że jesteśmy Śląskiem. Żenada. »
-
Re: Chłopiec z plakatu
alpepe
20.08.10, 21:02
Artykuł mi się podobał, ale autor powinien był mieć więcej wyczucia i zlagodzićte osobiste pretensje bohatera do ojca o przeszłość. To w końcu nie takie ważne,widać, ze bohater nosi w sobie »
-
Chłopak z plakatu, czyli marzenia nabierają ksz...
maksik.1
24.08.10, 00:04
Krzysiu szczere gratulacje,tobie się udało.Super!!!KB.»




