Uniewinnienie w procesie o psi smalec
2011-06-07
, aktualizacja: 07.06.2011 20:32
Prokurator spekulował o winie a nie zebrał na nią dowodów - podkreślał sędzia Dominik Bogach, uniewinniając dwie mieszkanki Kłobucka od zarzutów zabijania psów i robienie z nich smalcu
ZOBACZ TAKŻE
- Psi smalec: opinia czwarta a może i piąta (28-07-10, 22:00)
- Psi smalec trafi do prokuratora krajowego (14-02-10, 13:50)
- Ile lat ma psi smalec spod Kłobucka? (05-02-10, 23:00)
- Czy smalec był psi? I dlaczego zdechł ratlerek? (13-11-09, 20:04)
- Kłobuck. Rzeźnia dla psów (06-08-09, 20:44)
Przed Sądem Rejonowym w Kłobucku zakończył się proces Agaty G. i jej matki Alfredy P. oskarżonych o okrutne zabijanie psów i robienie z nich smalcu, którym handlowały. W mowie końcowej oskarżycielka publiczna asesor prokuratury Sylwia Wiewióra podkreślała, że wyrok będzie odzwierciedleniem toczącej się w kraju dyskusji o znęcaniu się nad zwierzętami. Żądała dla oskarżonych po 1 roku więzienia w zawieszeniu i nawiązki na rzecz organizacji zajmującej się ochroną zwierząt. Pełnomocnik Agaty G. i Alfredy P. Tadeusz Bartnik domagał się uniewinnienia, podkreślając, że akt oskarżenia oparty na spekulacjach a nie dowodach przygotowywano pod presją fundacji "For Animals".
Przypomnijmy: w 2009 r. sympatyk "For Animals" i dziennikarka "Gazety", mając sygnały o handlu psim smalcem, kupili za 50 zł w Malinie-Brodach butelkę tłuszczu. Gospodarz i jego żona Agata G. reklamowali smalec jako dobroczynnie działający na płuca. Zapewniali, że tłuszcz pochodzi ze zdrowego, a nie padłego psa. Fundacja wysłała zawartość butelki do Instytutu Zootechniki. I niespodzianka: tłuszcz nie był psi, zawierał związki pochodzące od bydła, świni i... kota. Fundacja zawiadomiła policję.
W sierpniu 2009 r. do gospodarstwa weszli: policja, członkowie "For Animals" i lekarz weterynarii. Znaleźli garnek i kilka butelek ze smalcem. Natknęli się też na resztki sierści, siekierę, odzież z plamami krwi, sporą strzykawkę z płynem. W tym czasie fotoreporter "Gazety" odkrył poza posesją, w stercie gnoju, zwierzęce kości i rozkładające się ciała psów.
Policjanci zatrzymali Agatę G. i postawili jej zarzut zabicia ze szczególnym okrucieństwem kilku psów. Kobieta początkowo przyznała, że jej matka zabijała psy wieszając je na sznurze bądź polane wodą dotykała prętem podłączonym do prądu. Potem to odwołała. Podobne zarzuty usłyszała jej matka. Alfreda P. zeznała, że jej mąż był rakarzem, prowadził hodowlę, zabijał psy i wytwarzał smalec wyłącznie na własne potrzeby - był chory na raka płuc. Przed śmiercią w 2007 r. miał zrobić spore zapasy. Alfreda P. sprzedawała ten smalec po 20-30 zł za butelkę tylko znajomym męża.
Śledztwo trwało ponad rok. Proces rozpoczął się w lutym. Sąd nieprawomocnym wyrokiem uniewinnił obie kobiety. Jak uzasadniał sędzia Dominik Bogacz żadna z ekspertyz biegłych nie wykazała, ze w pobranych próbkach był tłuszcz psi. Oskarżyciel publiczny nie wykazał też, że kobiety zabijały psy w okrutny sposób. Jedynym dowodem na to było zeznanie kobiety, która zmarła jeszcze przed sporządzeniem aktu oskarżenia. Jak dowodził sąd i tak te zeznania trudno uznać za w pełni wiarygodne, bo rozmowa była kierowana przez przedstawicielkę Fundacji "For Animals".
- Niemożliwe aby kobiety o drobnej posturze mogły powiesić dużego psa (typu bernardyn) - podkreślał sędzia, powołując się na zeznania powiatowego lekarza weterynarii w Kłobucku, Mariana Mazika. Sędzia podkreślał też, że śledczy nie znaleźli też żadnych dowodów na inne sposoby uśmiercania zwierząt - np. metalowego pręta który można było podłączyć do prądu. Wg sądu prokuratura nie dowiodła, że produkty wprowadzane na rynek były szkodliwe dla ludzi. Z samego faktu znalezienia tłuszczu zwierzęcego nie można wyciągać wniosku, że zwierzęta były okrutni zabijane. Jak podkreślał sędzia, kobiety przyznały, że psy zabijał ich zmarły przed czterema laty ojciec i mąż, a prokuratura nie dowiodła, że tłuszcz pochodził z okresu późniejszego. - Nie ulega wątpliwości, że oskarżona Agata G. sprzedała butelkę tłuszczu jako smalec psi ale badania nie wykazało aby był to tłuszcz z materiałem genetycznym psa. Co najwyżej można mówić o oszustwie wobec nabywców, ale tego zarzutu oskarżyciel publiczny nie postawił - zaznaczył sędzia Bogacz.
Komentarz Marka Mamonia:
Gdyby odpowiednie służby traktowały swe obowiązki poważnie, już dawno rozwiano by podejrzenie, czy w gospodarstwie Agaty G. i jej matki w Malinie pod Kłobuckiem okrutnie traktuje się zwierzęta. Gdy jeszcze żył Stanisław P., interweniowała tam "Gazeta" (w 2003 r.). - Łapy psów toną w odchodach zmieszanych ze starą, zgniłą słomą. Po całym podwórku rozchodzi się straszny fetor - opisywaliśmy panujące tam warunki. Robert Drogosz, ówczesny prezes Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami, napisał do prokuratury i powiatowego lekarza weterynarii w Kłobucku doniesienie o łamaniu ustawy o ochronie zwierząt. Powiatowy lekarz weterynarii Marek Kowacz mówił nam wtedy: - Stanisław P. od lat prowadzi nielegalną hodowlę psów. Zwierzęta są trzymane w fatalnych warunkach - donieśli mi o tym moi inspektorzy, osobiście jadę na inspekcję. Jeszcze nie wiem, czy właścicielowi damy upomnienie, czy także grzywnę. Każda hodowla psów musi być do nas zgłoszona: wtedy raz na kwartał ją kontrolujemy, pilnujemy terminów szczepień - więc hodowcy trudno dopuścić się nieprawidłowości takich jak w Malinie.
Były to tylko puste słowa.
Przypomnijmy: w 2009 r. sympatyk "For Animals" i dziennikarka "Gazety", mając sygnały o handlu psim smalcem, kupili za 50 zł w Malinie-Brodach butelkę tłuszczu. Gospodarz i jego żona Agata G. reklamowali smalec jako dobroczynnie działający na płuca. Zapewniali, że tłuszcz pochodzi ze zdrowego, a nie padłego psa. Fundacja wysłała zawartość butelki do Instytutu Zootechniki. I niespodzianka: tłuszcz nie był psi, zawierał związki pochodzące od bydła, świni i... kota. Fundacja zawiadomiła policję.
W sierpniu 2009 r. do gospodarstwa weszli: policja, członkowie "For Animals" i lekarz weterynarii. Znaleźli garnek i kilka butelek ze smalcem. Natknęli się też na resztki sierści, siekierę, odzież z plamami krwi, sporą strzykawkę z płynem. W tym czasie fotoreporter "Gazety" odkrył poza posesją, w stercie gnoju, zwierzęce kości i rozkładające się ciała psów.
Policjanci zatrzymali Agatę G. i postawili jej zarzut zabicia ze szczególnym okrucieństwem kilku psów. Kobieta początkowo przyznała, że jej matka zabijała psy wieszając je na sznurze bądź polane wodą dotykała prętem podłączonym do prądu. Potem to odwołała. Podobne zarzuty usłyszała jej matka. Alfreda P. zeznała, że jej mąż był rakarzem, prowadził hodowlę, zabijał psy i wytwarzał smalec wyłącznie na własne potrzeby - był chory na raka płuc. Przed śmiercią w 2007 r. miał zrobić spore zapasy. Alfreda P. sprzedawała ten smalec po 20-30 zł za butelkę tylko znajomym męża.
Śledztwo trwało ponad rok. Proces rozpoczął się w lutym. Sąd nieprawomocnym wyrokiem uniewinnił obie kobiety. Jak uzasadniał sędzia Dominik Bogacz żadna z ekspertyz biegłych nie wykazała, ze w pobranych próbkach był tłuszcz psi. Oskarżyciel publiczny nie wykazał też, że kobiety zabijały psy w okrutny sposób. Jedynym dowodem na to było zeznanie kobiety, która zmarła jeszcze przed sporządzeniem aktu oskarżenia. Jak dowodził sąd i tak te zeznania trudno uznać za w pełni wiarygodne, bo rozmowa była kierowana przez przedstawicielkę Fundacji "For Animals".
- Niemożliwe aby kobiety o drobnej posturze mogły powiesić dużego psa (typu bernardyn) - podkreślał sędzia, powołując się na zeznania powiatowego lekarza weterynarii w Kłobucku, Mariana Mazika. Sędzia podkreślał też, że śledczy nie znaleźli też żadnych dowodów na inne sposoby uśmiercania zwierząt - np. metalowego pręta który można było podłączyć do prądu. Wg sądu prokuratura nie dowiodła, że produkty wprowadzane na rynek były szkodliwe dla ludzi. Z samego faktu znalezienia tłuszczu zwierzęcego nie można wyciągać wniosku, że zwierzęta były okrutni zabijane. Jak podkreślał sędzia, kobiety przyznały, że psy zabijał ich zmarły przed czterema laty ojciec i mąż, a prokuratura nie dowiodła, że tłuszcz pochodził z okresu późniejszego. - Nie ulega wątpliwości, że oskarżona Agata G. sprzedała butelkę tłuszczu jako smalec psi ale badania nie wykazało aby był to tłuszcz z materiałem genetycznym psa. Co najwyżej można mówić o oszustwie wobec nabywców, ale tego zarzutu oskarżyciel publiczny nie postawił - zaznaczył sędzia Bogacz.
Komentarz Marka Mamonia:
Gdyby odpowiednie służby traktowały swe obowiązki poważnie, już dawno rozwiano by podejrzenie, czy w gospodarstwie Agaty G. i jej matki w Malinie pod Kłobuckiem okrutnie traktuje się zwierzęta. Gdy jeszcze żył Stanisław P., interweniowała tam "Gazeta" (w 2003 r.). - Łapy psów toną w odchodach zmieszanych ze starą, zgniłą słomą. Po całym podwórku rozchodzi się straszny fetor - opisywaliśmy panujące tam warunki. Robert Drogosz, ówczesny prezes Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami, napisał do prokuratury i powiatowego lekarza weterynarii w Kłobucku doniesienie o łamaniu ustawy o ochronie zwierząt. Powiatowy lekarz weterynarii Marek Kowacz mówił nam wtedy: - Stanisław P. od lat prowadzi nielegalną hodowlę psów. Zwierzęta są trzymane w fatalnych warunkach - donieśli mi o tym moi inspektorzy, osobiście jadę na inspekcję. Jeszcze nie wiem, czy właścicielowi damy upomnienie, czy także grzywnę. Każda hodowla psów musi być do nas zgłoszona: wtedy raz na kwartał ją kontrolujemy, pilnujemy terminów szczepień - więc hodowcy trudno dopuścić się nieprawidłowości takich jak w Malinie.
Były to tylko puste słowa.
- 13 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
11 głosów
-
Uniewinnienie w procesie o psi smalec
thorngorn
07.06.11, 18:10
Piepszeni hipokryci....a myślicie że krówki i świnki to jak zabijają? Humanitarnie? »
-
Uniewinnienie w procesie o psi smalec
pozytywka-1
08.06.11, 06:28
Zawsze twierdziłam że Częstochowa to moralne dno. Żałuję tych zmarnowanych lat wśród hipokrytów kłamców i takich zwykłych podczłowieczków bo nawet nie nazywam ich ludźmi. Tu nie znajdzie »




więcej zdjęć