Gdy Częstochowa filmem stała
13.12.2011
, aktualizacja: 13.12.2011 14:54
- Te pamiątki ktoś powinien zebrać i zabezpieczyć, bo czasy są tak okrutne, że przyjdzie jakiś wariat i to wszystko zniszczy - przekonuje Jacek Tomczyk. Chodzi o dokumenty związane z działalnością Dyskusyjnego Klubu Filmowego "Rumcajs", który właśnie świętuje 55-lecie. Jacek Tomczyk był z nim związany przez ponad 20 lat; w latach 1976-1981 jako prezes.

Fot. Grzegorz Skowronek / AG
- Jestem człowiekiem czynu, lubię organizować. Dla mnie w "Rumcajsie" liczyło się to, żeby coś robić dla ludzi, a niekoniecznie żeby oglądać filmy - mówi Jacek Tomczyk

Archiwum Jacka Tomczyka
Zdjęcie z 1980 roku. Od prawej stoją kolejni prezesi "Rumcajsa": Emil Garczyński (założyciel DKF-u i pierwszy szef), Ryszard Uklański (pierwowzór prof. Filutka z "Przekroju", którego rysował Lengren), Zdzisław Sroczyński, Zygmunt Chmielarz (później był szefem kina studyjnego Relax; już nie żyje), Włodzimierz Konarski (współtwórca Studenckiego Radia "Pryzmaty"), Jacek Tomczyk. Ostatni stoi Henryk Koźmiński - ówczesny dyrektor administracyjny Politechniki Częstochowskiej
Tadeusz Piersiak: Nie widać Cię dziś w „Rumcajsie”.
Jacek Tomczyk: Dlaczego mnie nie ma? Może to zabrzmi dziwnie, ale dla mnie w DKF-ie liczyło się to, żeby coś robić dla ludzi, a niekoniecznie żeby oglądać filmy. Jestem człowiekiem czynu, lubię organizować. Zacząłem od seminariów filmowych. Ich poziom był coraz wyższy, echo o nich szło coraz mocniej w świat. Miałem z tego wielką satysfakcję. Potem to się rozsypało. Z "Rumcajsa" zrobił się taki sam DKF, jak inne w kraju. Prelekcja i film, ale już coraz rzadziej spotkanie po filmie.
Czyli brakuje ci dzisiaj tej całej otoczki?
- Tak! Wycofałem się gdzieś na początku lat 90. Potem próbowałem parę razy zrobić jakieś seminarium, ale nie wychodziło. Bo rozleciał się zespół. A żeby coś zrobić, musi być zespół. Tymczasem Andrzej Sztajner poszedł do Huty Częstochowa, gdzie założył DKF (niestety, szybko upadł). Tomasz Gawlikowski trafił do Regionalnego Domu Kultury, gdzie był w grupie założycieli DKF "Lech" (i ten wkrótce padł). "Rumcajs" wciąż trwa, bo są ludzie, którzy chcą razem oglądać filmy, jest atmosfera i miejsce z tradycją. Nie ma jednak zespołu: koleżanek które robiły robotę administracyjną, a jak było trzeba podawały kawę. Kolegów, którzy jeździli do Warszawy wyszukiwać filmy. Bo my na własnych plecach czasem te filmy targaliśmy. Z drugiej strony przez cały czas mieliśmy wsparcie - za sprawą dyrektora Henryka Koźmińskiego - Politechniki Częstochowskiej, która udzielała nam gościny. Nie było więc problemów z dostaniem samochodu, za psie pieniądze noclegów w akademiku czy posiłków w stołówce studenckiej. Dlatego na ogólnopolskie seminaria filmowe potrafiło przyjechać do Częstochowy i 150 osób z całego kraju.
Gdy niedawno DKF reaktywował działalność po dwuletniej przerwie, zaproponował widzom przegląd filmów rosyjskich. Pojawiło się na nim kilka osób. Dlaczego?
- Nie wiem. Może to wina promocji, bo jej prawie nie widziałem? Ale przede wszystkim nie ma już tej filmowo wykształconej grupy ludzi, która chciałaby przyjść. Takie środowisko długo się buduje. A po przerwie w działalności nie da się tak od razu do niego wrócić. Poza tym trzeba jednak myśleć o ogólnopolskich imprezach. Jak zjeżdżają się ludzie z całego kraju, to potem przyciągają naszych, buduje się DKF-owska elita.
Obecny prezes Janusz Kołodziejski na pierwszych po przerwie spotkaniach „Rumcajsa” mówił: my starzy działacze chcemy już odpocząć, szukamy następców. Nikt się nie zgłosił. Dlaczego? Starsi są zmęczeni, a młodzi obojętni?
- Znowu trudne pytanie. Za moich czasów też nie bardzo się garnęli. Zrządzeniem boskim było, że wyłoniła się grupa kilku osób, której się chciało. W której był wódz, choć niekoniecznie prezes. Był jednak i prezes, który nie przeszkadzał, a miał swoje wejścia. No i nie było tych możliwości, co dzisiaj: najpierw wideo, teraz DVD, wreszcie internet, wypożyczalnie filmów, multikina. Wtedy DKF był tym miejscem, które oferowało wyjątkowy repertuar filmowy dla myślącego widza. I tych myślących było w "Rumcajsie" w poniedziałki nawet 1200 osób. To był fenomen. Jednak ci ludzie nie mieli wtedy innej oferty.
Dziś jesteśmy w sytuacji podobnej, ale i krańcowo odwrotnej. Podaż filmów jest przeogromna, aż trudno się połapać. Jednak po wyciśnięciu całego chłamu, czystej komercji, zostaje niewiele filmów dla myślącego człowieka. W DKF-ie repertuar jest selekcjonowany z innego niż komercyjne źródła. A jednak parę tysięcy studentów Politechniki Częstochowskiej nie daje się do tego kina zaciągnąć.
- Może nie mają takich potrzeb? Może dziś młody człowiek potrzebuje innych doznań, np. w rodzaju technoparty? To pytanie do starego pierdziela, który nie potrafi znaleźć odpowiedzi! A może jednak nie ma wodza, który potrafiłby ich pociągnąć, porwać za sobą? W kulturze studenckiej w klubie Politechnik znów się coś dzieje: jest zespół tańca, teatr. I też nie bardzo tam chodzą. Może nie mamy takiego środowiska w Częstochowie?
Mówisz: mnie tak naprawdę nie chodziło o film, ale o działanie. Czyli spotykanie ludzi, budowanie relacji towarzyskich, zawiązywanie przyjaźni. Taką motywację mieli ci, co kiedyś przychodzili do „Rumcajsa”. Czemu dziś to nie jest możliwie?
- Ludzie uciekają w samotność - z wyboru lub konieczności. Każdy gna do biznesu, chce zarobić jak najwięcej. Potem jest wymęczony, zamyka się w domu. Tam siada przed komputerem i - jeśli pociąga go film - całą klasykę znajduje w internecie. Nie jesteśmy tacy stadni jak 30 lat temu. Zaczynamy się bać bezpośrednich kontaktów. A za moich czasów istniała jakaś powinność kulturowa. "Rumcajs" był też zwyczajnie modny - cały teatr chodził do nas, a innym było miło ocierać się o to towarzystwo. Chodziła elita: profesorowie, lekarze, prawnicy.
Mamy i dziś profesorów, lekarzy, prawników...
- Tylko gdzie oni są? Czemu ich nie ma na spotkaniach stowarzyszeń, promocjach książek, koncertach?
Wróćmy jednak do czasów chwały DKF-u. W Częstochowie odbyło się kilka znaczących imprez filmowych.
- Na przykład na początku lat 70. to u nas swoją premierę miała komedia Jerzego Gruzy "Dzięcioł" z Wiesławem Gołasem w roli głównej. A w 1977 do Częstochowy zjechali ludzie z obydwu nurtów kultury filmowej: DKF-owskiego i kin studyjnych. Prezesem federacji Dyskusyjnych Klubów Filmowych był wtedy Krzysztof Zanussi, który kupił ten pomysł. Impreza wypaliła, pojawiło się około 300 osób z całej Polski. Potem były co kwartał seminaria poświęcone różnej tematyce. Dostrzegł nas miesięcznik "Kino" i przyznał nam swoją bardzo prestiżową nagrodę za upowszechnianie kultury filmowej. A jesienią 1980 roku pojawiły się tuzy: Wajda, Kutz, którzy nagle poczuli, że można powiedzieć więcej niż wcześniej. Były fantastyczne dyskusje. Wajda opowiadał o planach realizacji "Człowieka z żelaza", Kutz mówił jak cenzura nie pozwoliła mu na filmie rozpalać w piecu Trybuną Robotniczą, mimo że cała Polska to robiła. Dostał zgodę na Dziennik Zachodni. Później pokazy "półkowników" zaczynały się od Częstochowy, bo tu zrobił się klimat. Potem był stan wojenny, po którym ktoś na górze pomyślał: co tam Częstochowa - my pilnujemy Krakowa, Warszawy. Tu cenzura pozwalała na bardzo dużo.
Ciebie jednak DKF zaprowadził do „Solidarności” i interny...
- No, powiedzmy do więzienia na 48 godzin, a później do specjalnej jednostki wojskowej, o której niektórzy mówili "interna". We wrześniu 1980 roku obecnemu na naszym seminarium ministrowi kultury ktoś powiedział: miałeś... złoty róg i co zrobiłeś z polską kulturą filmową? Zaczęła się po tym moja gonitwa po różnych esbecjach i komitetach. Wkrótce wokół mnie pojawili się ludzi z Politechniki skłonni założyć "Solidarność" i tak się to zaczęło... Jak w "Przypadku" Kieślowskiego, gdzie drobiazg poruszył lawinę. Później doszedłem do wniosku, że jako człowiek opozycji nie powinienem prezesować DKF-owi. W 1981 roku oddałem pałeczkę Tomkowi Gawlikowskiemu. W latach 80. zacząłem ściągać z Warszawy filmy na wideo typu "Przesłuchanie" i robiłem prywatne pokazy po domach.
Bawiłeś się też w działalność Amatorskiego Klubu Filmowego, który istniał przy Politechnice, ale miał bardzo otwartą formułę.
- Tam rej wodził Kazimierz Maciejowski. Wszystko, co działo się na uczelni i w mieście było rejestrowane przez AKF. Z Włodkiem Konarskim przepisaliśmy później te materiały na DVD. Część weszła do filmu na 60-lecie Politechniki. Ale są takie, których nikt od dawna nie widział. Mało kto wie, że słynna piosenka z konikiem na biegunach, powstała na festiwalu studenckim w 1967 roku tu w Częstochowie. Jest o tym relacja, choć nie ma piosenki. Widać za to młodego Andrzeja Zaorskiego, który prowadzi konferansjerkę. Jest też nagrany występ Niedzielnej Szkółki Ojca Stanisława rodziny Pospieszalskich. Mateusz Pospieszalski ma wtedy cztery lata, przyniesiono go w plecaku. Chłopiec nie dotyka pedałów organów, na których gra, ale jednak gra.
Jacek Tomczyk: Dlaczego mnie nie ma? Może to zabrzmi dziwnie, ale dla mnie w DKF-ie liczyło się to, żeby coś robić dla ludzi, a niekoniecznie żeby oglądać filmy. Jestem człowiekiem czynu, lubię organizować. Zacząłem od seminariów filmowych. Ich poziom był coraz wyższy, echo o nich szło coraz mocniej w świat. Miałem z tego wielką satysfakcję. Potem to się rozsypało. Z "Rumcajsa" zrobił się taki sam DKF, jak inne w kraju. Prelekcja i film, ale już coraz rzadziej spotkanie po filmie.
Czyli brakuje ci dzisiaj tej całej otoczki?
- Tak! Wycofałem się gdzieś na początku lat 90. Potem próbowałem parę razy zrobić jakieś seminarium, ale nie wychodziło. Bo rozleciał się zespół. A żeby coś zrobić, musi być zespół. Tymczasem Andrzej Sztajner poszedł do Huty Częstochowa, gdzie założył DKF (niestety, szybko upadł). Tomasz Gawlikowski trafił do Regionalnego Domu Kultury, gdzie był w grupie założycieli DKF "Lech" (i ten wkrótce padł). "Rumcajs" wciąż trwa, bo są ludzie, którzy chcą razem oglądać filmy, jest atmosfera i miejsce z tradycją. Nie ma jednak zespołu: koleżanek które robiły robotę administracyjną, a jak było trzeba podawały kawę. Kolegów, którzy jeździli do Warszawy wyszukiwać filmy. Bo my na własnych plecach czasem te filmy targaliśmy. Z drugiej strony przez cały czas mieliśmy wsparcie - za sprawą dyrektora Henryka Koźmińskiego - Politechniki Częstochowskiej, która udzielała nam gościny. Nie było więc problemów z dostaniem samochodu, za psie pieniądze noclegów w akademiku czy posiłków w stołówce studenckiej. Dlatego na ogólnopolskie seminaria filmowe potrafiło przyjechać do Częstochowy i 150 osób z całego kraju.
Gdy niedawno DKF reaktywował działalność po dwuletniej przerwie, zaproponował widzom przegląd filmów rosyjskich. Pojawiło się na nim kilka osób. Dlaczego?
- Nie wiem. Może to wina promocji, bo jej prawie nie widziałem? Ale przede wszystkim nie ma już tej filmowo wykształconej grupy ludzi, która chciałaby przyjść. Takie środowisko długo się buduje. A po przerwie w działalności nie da się tak od razu do niego wrócić. Poza tym trzeba jednak myśleć o ogólnopolskich imprezach. Jak zjeżdżają się ludzie z całego kraju, to potem przyciągają naszych, buduje się DKF-owska elita.
Obecny prezes Janusz Kołodziejski na pierwszych po przerwie spotkaniach „Rumcajsa” mówił: my starzy działacze chcemy już odpocząć, szukamy następców. Nikt się nie zgłosił. Dlaczego? Starsi są zmęczeni, a młodzi obojętni?
- Znowu trudne pytanie. Za moich czasów też nie bardzo się garnęli. Zrządzeniem boskim było, że wyłoniła się grupa kilku osób, której się chciało. W której był wódz, choć niekoniecznie prezes. Był jednak i prezes, który nie przeszkadzał, a miał swoje wejścia. No i nie było tych możliwości, co dzisiaj: najpierw wideo, teraz DVD, wreszcie internet, wypożyczalnie filmów, multikina. Wtedy DKF był tym miejscem, które oferowało wyjątkowy repertuar filmowy dla myślącego widza. I tych myślących było w "Rumcajsie" w poniedziałki nawet 1200 osób. To był fenomen. Jednak ci ludzie nie mieli wtedy innej oferty.
Dziś jesteśmy w sytuacji podobnej, ale i krańcowo odwrotnej. Podaż filmów jest przeogromna, aż trudno się połapać. Jednak po wyciśnięciu całego chłamu, czystej komercji, zostaje niewiele filmów dla myślącego człowieka. W DKF-ie repertuar jest selekcjonowany z innego niż komercyjne źródła. A jednak parę tysięcy studentów Politechniki Częstochowskiej nie daje się do tego kina zaciągnąć.
- Może nie mają takich potrzeb? Może dziś młody człowiek potrzebuje innych doznań, np. w rodzaju technoparty? To pytanie do starego pierdziela, który nie potrafi znaleźć odpowiedzi! A może jednak nie ma wodza, który potrafiłby ich pociągnąć, porwać za sobą? W kulturze studenckiej w klubie Politechnik znów się coś dzieje: jest zespół tańca, teatr. I też nie bardzo tam chodzą. Może nie mamy takiego środowiska w Częstochowie?
Mówisz: mnie tak naprawdę nie chodziło o film, ale o działanie. Czyli spotykanie ludzi, budowanie relacji towarzyskich, zawiązywanie przyjaźni. Taką motywację mieli ci, co kiedyś przychodzili do „Rumcajsa”. Czemu dziś to nie jest możliwie?
- Ludzie uciekają w samotność - z wyboru lub konieczności. Każdy gna do biznesu, chce zarobić jak najwięcej. Potem jest wymęczony, zamyka się w domu. Tam siada przed komputerem i - jeśli pociąga go film - całą klasykę znajduje w internecie. Nie jesteśmy tacy stadni jak 30 lat temu. Zaczynamy się bać bezpośrednich kontaktów. A za moich czasów istniała jakaś powinność kulturowa. "Rumcajs" był też zwyczajnie modny - cały teatr chodził do nas, a innym było miło ocierać się o to towarzystwo. Chodziła elita: profesorowie, lekarze, prawnicy.
Mamy i dziś profesorów, lekarzy, prawników...
- Tylko gdzie oni są? Czemu ich nie ma na spotkaniach stowarzyszeń, promocjach książek, koncertach?
Wróćmy jednak do czasów chwały DKF-u. W Częstochowie odbyło się kilka znaczących imprez filmowych.
- Na przykład na początku lat 70. to u nas swoją premierę miała komedia Jerzego Gruzy "Dzięcioł" z Wiesławem Gołasem w roli głównej. A w 1977 do Częstochowy zjechali ludzie z obydwu nurtów kultury filmowej: DKF-owskiego i kin studyjnych. Prezesem federacji Dyskusyjnych Klubów Filmowych był wtedy Krzysztof Zanussi, który kupił ten pomysł. Impreza wypaliła, pojawiło się około 300 osób z całej Polski. Potem były co kwartał seminaria poświęcone różnej tematyce. Dostrzegł nas miesięcznik "Kino" i przyznał nam swoją bardzo prestiżową nagrodę za upowszechnianie kultury filmowej. A jesienią 1980 roku pojawiły się tuzy: Wajda, Kutz, którzy nagle poczuli, że można powiedzieć więcej niż wcześniej. Były fantastyczne dyskusje. Wajda opowiadał o planach realizacji "Człowieka z żelaza", Kutz mówił jak cenzura nie pozwoliła mu na filmie rozpalać w piecu Trybuną Robotniczą, mimo że cała Polska to robiła. Dostał zgodę na Dziennik Zachodni. Później pokazy "półkowników" zaczynały się od Częstochowy, bo tu zrobił się klimat. Potem był stan wojenny, po którym ktoś na górze pomyślał: co tam Częstochowa - my pilnujemy Krakowa, Warszawy. Tu cenzura pozwalała na bardzo dużo.
Ciebie jednak DKF zaprowadził do „Solidarności” i interny...
- No, powiedzmy do więzienia na 48 godzin, a później do specjalnej jednostki wojskowej, o której niektórzy mówili "interna". We wrześniu 1980 roku obecnemu na naszym seminarium ministrowi kultury ktoś powiedział: miałeś... złoty róg i co zrobiłeś z polską kulturą filmową? Zaczęła się po tym moja gonitwa po różnych esbecjach i komitetach. Wkrótce wokół mnie pojawili się ludzi z Politechniki skłonni założyć "Solidarność" i tak się to zaczęło... Jak w "Przypadku" Kieślowskiego, gdzie drobiazg poruszył lawinę. Później doszedłem do wniosku, że jako człowiek opozycji nie powinienem prezesować DKF-owi. W 1981 roku oddałem pałeczkę Tomkowi Gawlikowskiemu. W latach 80. zacząłem ściągać z Warszawy filmy na wideo typu "Przesłuchanie" i robiłem prywatne pokazy po domach.
Bawiłeś się też w działalność Amatorskiego Klubu Filmowego, który istniał przy Politechnice, ale miał bardzo otwartą formułę.
- Tam rej wodził Kazimierz Maciejowski. Wszystko, co działo się na uczelni i w mieście było rejestrowane przez AKF. Z Włodkiem Konarskim przepisaliśmy później te materiały na DVD. Część weszła do filmu na 60-lecie Politechniki. Ale są takie, których nikt od dawna nie widział. Mało kto wie, że słynna piosenka z konikiem na biegunach, powstała na festiwalu studenckim w 1967 roku tu w Częstochowie. Jest o tym relacja, choć nie ma piosenki. Widać za to młodego Andrzeja Zaorskiego, który prowadzi konferansjerkę. Jest też nagrany występ Niedzielnej Szkółki Ojca Stanisława rodziny Pospieszalskich. Mateusz Pospieszalski ma wtedy cztery lata, przyniesiono go w plecaku. Chłopiec nie dotyka pedałów organów, na których gra, ale jednak gra.
1
2
następne »
- 4 komentarze
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
1 głos
-
Gdy Częstochowa filmem stała
prawdziwykicha.1
13.12.11, 18:55
A pamietacie ten film z Teresą Orlowski?»



więcej zdjęć