O miłości, która kiedyś kwitła w Radomsku i Częstochowie
07.01.2012
, aktualizacja: 06.01.2012 22:13
Panna młoda miała w nazwisku "van" i "de". Pan młody legitymował się ojcem robotnikiem i matką z lewicującego domu. Czy dlatego po ich ślubie rodzina belgijskiej arystokratki nigdy się z nią nie skontaktowała?
Zaczęło się od badacza historii Rakowa Romana Sitkowskiego. Penetrując rakowski cmentarz zachodził w głowę, kim jest Alicja Kowalczykowa z baronów Van der Gracht de Rommerswael, pochowana tam w grobie z jasną tablicą otoczoną płotkiem. Gdyby ten grób był na Powązkach, z nazwiskiem Potocka albo Sapieżyna po imieniu, pewnie mało kto by zwrócił na niego uwagę. Ale w robotniczej dzielnicy Częstochowy?
Chociaż nie, zaczęło się od Stanisława Kowalczyka i jego siostry Wiktorii...
Nie, tak naprawdę zaczęło się od Francuzów, którzy od lat 80. XIX wieku prowadzili w Radomsku zakład Metalurgia. Właśnie we Francji postanowiło szukać szczęścia rodzeństwo Kowalczyków - Stanisław i Wiktoria, których ojciec woził Francuzom materiały na budowę zakładu. Stanisław za granicą obracał w kręgach robotniczych i w pewnym lewicującym domu poznał Francuzkę Antoinette Moisy. Ożenił się, wrócił do Radomska z żoną i synem Żorżem (w sumie mieli troje dzieci - Żorża, czyli Jerzego, Janinę i Zuzannę). Natomiast Wiktoria we Francji poznała Polaka Józefa Ciesielskiego. Ich syn Michał urodził się w Saint Quentin, ale wychowywał w Polsce - u babci, potem zaś pod okiem stryjenki Antoniny.
Gdy szefowie Metalurgii dostrzegli, że mogą mieć w Jerzym zdolnego inżyniera, wysłali go na politechnikę w Lille. Młody człowiek - tak jak jego ojciec - do kraju wrócił z żoną. Nie była to jednak ani Francuzka, ani z lewicującej rodziny. Oj, nie.
Wyglądał jak Clark Gable
Już nikt nie wie, jak się poznali, możemy więc pofolgować wyobraźni... Paryż? Antwerpia? Lille? Wybierzmy coś. Paryż. Alice Van der Gracht de Rommerswael od trzech dni zwiedzała już to muzea, już to magazyny mody. Przyjechała do Francji z ciotką dla zaopatrzenia się w taką to a taką liczbę sukien odpowiednich dla zabłyśnięcia w wielkim świecie, co miało stać się udziałem Alicji już podczas nadchodzącego sezonu. Popołudniami wymykała się do kina. Właśnie po raz kolejny zaliczyła seans "Buntu na Bounty". Wyszła na ulicę z głową pełną Clarka Gable'a; ach, te oczy, te wąsy, ta uniesiona brew... Rozmarzona, wpadła na jakiegoś mężczyznę. Przeprosiła nieuważnie i już miała iść dalej, gdy spojrzała mu w twarz. Ach! Te oczy! Te wąsy! Nawet brew tak samo w górze! Może nie był łudząco podobny, ale wyglądał prawie jak Gable.
Zagapiła się na niego, on zagapił się na nią.
Jerzy Kowalczyk wyrwał się z Lille do Paryża na krótko, odpocząć po trudach egzaminów. Wędrował pośród wytwornych hoteli i magazynów, gdy pod witryną kina wpadła na niego młoda kobieta. Młoda, piękna kobieta. Ciemna blondynka, zgrabna, wielkie oczy, olśniewający uśmiech...
Przeprosili się nawzajem uprzejmie i rozeszli, oglądając za sobą. Przez cały wieczór Alice myślała o nieznajomym. Przez cały wieczór Jerzy myślał o niej. Następnego dnia nie wytrzymał, poszedł pod to samo kino i krążył, krążył, krążył, przypatrując się uważnie przechodniom. Aż wreszcie ją zobaczył.
Czy tak to się zaczęło, czy inaczej, grunt, że skończyło się ślubem - może we Francji, a może w Belgii (ci w rodzinie, którzy to wiedzieli, już nie żyją). Od początku jednak Jerzy i Alicja ustalili, że zamieszkają w Polsce: Żorż miał pracę w Metalurgii.
Bardzo zabawnie brzmiał język polski we flamandzkim wydaniu Alice. - Jeszy - mówiła do męża. - Radomszko - powtarzała za nim nazwę miasta, w którym miał być ich dom. - Jedżemy sz Jeszym do Radomszka.
Ach, jaka z niej przylepa
I przyjechali. Rodzina była zachwycona młodą Belgijką. Zamieszkali przy ul. Kościuszki 4 w kamienicy nazywanej francuską, jako że tam wynajmowała pokoje wyższa kadra pracownicza Metalurgii - inżynierowie, kierownicy, w większości Francuzi. Ale Żorż z Alicją czuli się w tych pokojach gościnnych jak we własnym domu. I nic dziwnego: pensjonat prowadziła siostra Żorża, Janina.
Pokochać Alicję było łatwo: serdeczna, życzliwa, garnęła się do ludzi. Szwagierki mówiły o niej "przylepa". Nie musiała przeżywać szoku kulturowego, uczyć się nowych zwyczajów, nawet gotować pierogów z grzybami - bo na gospodarstwie, a zwłaszcza w kuchni Kowalczyków królowała mama Żorża. Sama była Francuzką i gotowała z myślą o francuskich lokatorach, ale że miała gromadkę Polaków w domu, starała się dogodzić i jednym, i drugim.
Ach, co to była za kuchnia... Sosy według francuskich wzorów, winegret - wielkie dziwo dla Polaków, którzy sałatę jedli zwykle ze śmietaną, względnie z wytopionymi skwarkami. Dobre wina i doskonałe gatunki herbat. Parzone ciasto drożdżowe, na które Antonina mówiła: katkar. Tort z puszystych bezów, jak na stole Ludwika XV. I te sery. Blacha do pieczenia magdalenek - pełna wklęśnięć o kształcie muszelek, skręcana forma do piernika - ale nie pieczonego, lecz gotowanego w wodzie, forma do gofrów... Ale zalewajka też regularnie trafiała na stół. Pyszna.
Alice dziwiła się burej zupce z kawałkami ziemniaków. Sama by takiej nie ugotowała. Chyba w ogóle nie potrafiła gotować. Cóż, jak ktoś się od dzieciństwa wychowywał w domu z własnym kucharzem...
Święty na drzewie
Google. Hasło: Van der Gracht de Rommerswael. - O jaszny - jak by to powiedziała Alicja - gwint.
Wikipedia. Lista najstarszych rodzin belgijskich. Przy nazwisku Van der Gracht de Rommerswael adnotacja, że pojawiło się w historii kraju w XIII wieku, a dokładnie w 1285 roku.
Internetowy przewodnik po Belgii Eupedia's Belgium Guide. Lista tamtejszych arystokratów: diukowie, książęta, markizowie, hrabiowie, wicehrabiowie, baronowie... Pośród tych ostatnich - Van der Gracht de Rommerswael.
Chociaż nie, zaczęło się od Stanisława Kowalczyka i jego siostry Wiktorii...
Nie, tak naprawdę zaczęło się od Francuzów, którzy od lat 80. XIX wieku prowadzili w Radomsku zakład Metalurgia. Właśnie we Francji postanowiło szukać szczęścia rodzeństwo Kowalczyków - Stanisław i Wiktoria, których ojciec woził Francuzom materiały na budowę zakładu. Stanisław za granicą obracał w kręgach robotniczych i w pewnym lewicującym domu poznał Francuzkę Antoinette Moisy. Ożenił się, wrócił do Radomska z żoną i synem Żorżem (w sumie mieli troje dzieci - Żorża, czyli Jerzego, Janinę i Zuzannę). Natomiast Wiktoria we Francji poznała Polaka Józefa Ciesielskiego. Ich syn Michał urodził się w Saint Quentin, ale wychowywał w Polsce - u babci, potem zaś pod okiem stryjenki Antoniny.
Gdy szefowie Metalurgii dostrzegli, że mogą mieć w Jerzym zdolnego inżyniera, wysłali go na politechnikę w Lille. Młody człowiek - tak jak jego ojciec - do kraju wrócił z żoną. Nie była to jednak ani Francuzka, ani z lewicującej rodziny. Oj, nie.
Wyglądał jak Clark Gable
Już nikt nie wie, jak się poznali, możemy więc pofolgować wyobraźni... Paryż? Antwerpia? Lille? Wybierzmy coś. Paryż. Alice Van der Gracht de Rommerswael od trzech dni zwiedzała już to muzea, już to magazyny mody. Przyjechała do Francji z ciotką dla zaopatrzenia się w taką to a taką liczbę sukien odpowiednich dla zabłyśnięcia w wielkim świecie, co miało stać się udziałem Alicji już podczas nadchodzącego sezonu. Popołudniami wymykała się do kina. Właśnie po raz kolejny zaliczyła seans "Buntu na Bounty". Wyszła na ulicę z głową pełną Clarka Gable'a; ach, te oczy, te wąsy, ta uniesiona brew... Rozmarzona, wpadła na jakiegoś mężczyznę. Przeprosiła nieuważnie i już miała iść dalej, gdy spojrzała mu w twarz. Ach! Te oczy! Te wąsy! Nawet brew tak samo w górze! Może nie był łudząco podobny, ale wyglądał prawie jak Gable.
Zagapiła się na niego, on zagapił się na nią.
Jerzy Kowalczyk wyrwał się z Lille do Paryża na krótko, odpocząć po trudach egzaminów. Wędrował pośród wytwornych hoteli i magazynów, gdy pod witryną kina wpadła na niego młoda kobieta. Młoda, piękna kobieta. Ciemna blondynka, zgrabna, wielkie oczy, olśniewający uśmiech...
Przeprosili się nawzajem uprzejmie i rozeszli, oglądając za sobą. Przez cały wieczór Alice myślała o nieznajomym. Przez cały wieczór Jerzy myślał o niej. Następnego dnia nie wytrzymał, poszedł pod to samo kino i krążył, krążył, krążył, przypatrując się uważnie przechodniom. Aż wreszcie ją zobaczył.
Czy tak to się zaczęło, czy inaczej, grunt, że skończyło się ślubem - może we Francji, a może w Belgii (ci w rodzinie, którzy to wiedzieli, już nie żyją). Od początku jednak Jerzy i Alicja ustalili, że zamieszkają w Polsce: Żorż miał pracę w Metalurgii.
Bardzo zabawnie brzmiał język polski we flamandzkim wydaniu Alice. - Jeszy - mówiła do męża. - Radomszko - powtarzała za nim nazwę miasta, w którym miał być ich dom. - Jedżemy sz Jeszym do Radomszka.
Ach, jaka z niej przylepa
I przyjechali. Rodzina była zachwycona młodą Belgijką. Zamieszkali przy ul. Kościuszki 4 w kamienicy nazywanej francuską, jako że tam wynajmowała pokoje wyższa kadra pracownicza Metalurgii - inżynierowie, kierownicy, w większości Francuzi. Ale Żorż z Alicją czuli się w tych pokojach gościnnych jak we własnym domu. I nic dziwnego: pensjonat prowadziła siostra Żorża, Janina.
Pokochać Alicję było łatwo: serdeczna, życzliwa, garnęła się do ludzi. Szwagierki mówiły o niej "przylepa". Nie musiała przeżywać szoku kulturowego, uczyć się nowych zwyczajów, nawet gotować pierogów z grzybami - bo na gospodarstwie, a zwłaszcza w kuchni Kowalczyków królowała mama Żorża. Sama była Francuzką i gotowała z myślą o francuskich lokatorach, ale że miała gromadkę Polaków w domu, starała się dogodzić i jednym, i drugim.
Ach, co to była za kuchnia... Sosy według francuskich wzorów, winegret - wielkie dziwo dla Polaków, którzy sałatę jedli zwykle ze śmietaną, względnie z wytopionymi skwarkami. Dobre wina i doskonałe gatunki herbat. Parzone ciasto drożdżowe, na które Antonina mówiła: katkar. Tort z puszystych bezów, jak na stole Ludwika XV. I te sery. Blacha do pieczenia magdalenek - pełna wklęśnięć o kształcie muszelek, skręcana forma do piernika - ale nie pieczonego, lecz gotowanego w wodzie, forma do gofrów... Ale zalewajka też regularnie trafiała na stół. Pyszna.
Alice dziwiła się burej zupce z kawałkami ziemniaków. Sama by takiej nie ugotowała. Chyba w ogóle nie potrafiła gotować. Cóż, jak ktoś się od dzieciństwa wychowywał w domu z własnym kucharzem...
Święty na drzewie
Google. Hasło: Van der Gracht de Rommerswael. - O jaszny - jak by to powiedziała Alicja - gwint.
Wikipedia. Lista najstarszych rodzin belgijskich. Przy nazwisku Van der Gracht de Rommerswael adnotacja, że pojawiło się w historii kraju w XIII wieku, a dokładnie w 1285 roku.
Internetowy przewodnik po Belgii Eupedia's Belgium Guide. Lista tamtejszych arystokratów: diukowie, książęta, markizowie, hrabiowie, wicehrabiowie, baronowie... Pośród tych ostatnich - Van der Gracht de Rommerswael.
1
2
następne »
- 6 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
13 głosów
-
O miłości, która kiedyś kwitła w Radomsku i Czę...
alwron
08.01.12, 00:15
No i cóż:taka to ponoć wielka miłość byla, taka piękna para i szczęscie ogromne a gdy piękna,24-letnia tylko żona zmarła po porodzie i razem z nią ich dziecko,to jakoś zaraz wspanialy »
-
O miłości, która kiedyś kwitła w Radomsku i Czę...
elka1002
08.01.12, 21:13
Dziękuję za ten tekst. Pochodzę z Rakowa i od dzieciństwa spacerując po tym cmentarzu zatrzymywałam się przy grobie "hrabiny". Nikt ze znajomych nie znał jej historii.Grób jeszcze ze 20 lat »
-
Nie piszcie o miłości między babą i chłopem
prawdziwykicha.1
09.01.12, 18:47
Bo niektórzy na tym forum przez to spać nie mogą.A jak usną to śnią o tabunach dziewic a potem się budzą w mokrej pościeli.Co pogarsza ich i tak zły stan zdrowia psychicznego.»




więcej zdjęć