Miały być przyjemne zimowe wakacje. Ale Alicja zmarła

Joanna Skiba
09.02.2012 , aktualizacja: 09.02.2012 10:48
A A A Drukuj
- Dlaczego nie ma pediatry w pogotowiu? Dlaczego tak długo trzeba było czekać na lekarza albo karetkę? Czemu ratownicy nie wiedzieli, gdzie nas zawieźć? Czemu karetka po drodze nie kontaktowała się ze szpitalami i dopiero na miejscu trzeba było budzić lekarza z oddziału? - pytają rodzice małej Alicji. Ich córeczka miała sepsę
Karetka pogotowia
Fot. Grzegorz Skowronek / AG
Karetka pogotowia
Dramat rozegrał się w sobotę 28 stycznia. Już wieczorem poprzedniego dnia niespełna 14-miesięczna Alicja trochę gorączkowała. Rodzice się niepokoili, ale nieprzesadnie: małej właśnie rosły ząbki i ciężko to znosiła. Bardziej martwiły ich wymioty. Jedno i drugie jednak przeszło, Alicja zasnęła. Obudziła się o wpół do czwartej nad ranem. Znowu wymiotowała, oddychała głośno. Gdy mama zauważyła, że dziewczynka ma sine paznokcie, natychmiast zadzwoniła na pogotowie. Jest częstochowianką, ale obecnie mieszka w Wielkiej Brytanii. Pani Anna wraz z mężem Anglikiem i córeczką przyjechała w połowie stycznia do Częstochowy - odwiedzić rodzinę, pojeździć na nartach... To miały być przyjemne zimowe wakacje.

Nie wyniosę dziecka na 15-stopniowy mróz

- W pogotowiu usłyszałam, że nie mają pediatry i nie jeżdżą do dzieci. I że powinnam się skontaktować z nocną przychodnią przy al. Wolności. Tam miałam dzwonić i prosić o przyjazd lekarza - opowiada mama Alicji.

Zadzwoniła. Od rejestratorki lub pielęgniarki, która odebrała telefon, dowiedziała się, że wizyta lekarza w domu raczej nie wchodzi w grę, trzeba samemu przyjechać. Pani Anna tłumaczyła, że córka ma niewiele ponad roczek, że gorączkowała, że nie chce jej wynosić na 15-stopniowy mróz. W końcu przychodnia uległa, ale zapowiedziała, że lekarz pojawi się najwcześniej za godzinę, może dwie.

Rodzice - obserwując stan dziecka - zdecydowali jednak, że nie można czekać. Znowu zadzwonili na pogotowie. Przyjechało po 40 minutach - karetka z kierowcą i ratownikiem.

- Lekarza nie było - opowiada dalej mama Alicji. - Nawet nie spojrzeli na dziecko, pytali tylko, co mu podawaliśmy. Ja na to, że paracetamol. Obejrzeli butelkę, przeczytali skład. W końcu zabrali nas do karetki - całą trójkę. Nie jechaliśmy na sygnale. Samochód zatrzymywał się na światłach, panowie włączyli radio, grała muzyka...

Podjechali pod pawilon oddziału zakaźnego na Tysiącleciu. Ratownik wysiadł i zaczął się dobijać do zamkniętych drzwi. Po kilku minutach zapaliły się światła i ktoś wyszedł. - Tam chyba wszyscy spali - mówią rodzice. - Do karetki zajrzała kobieta, popatrzyła na Alę i powiedziała, że przyjmują dzieci od drugiego roku życia, a my musimy na pediatrię.

Karetka zawróciła pod inne wejście gmachu Tysiąclecia. Tam znowu trzeba było czekać, aż przyjdzie lekarz. - Bo nikt nie był uprzedzony o naszym przyjeździe. Ratownicy w karetce nie kontaktowali się z nikim, jechaliśmy w ciemno - podkreśla mama dziewczynki. - Wtedy podniosłam głos - przerażona, bo Ala przestała reagować, jakby nic do niej nie docierało.

Lekarka z pediatrii od razu zdecydowała, że małą trzeba natychmiast wieźć na intensywną terapię.

Wstrząs septyczny - zakażenie meningokokami

Wtedy sprawy nabrały tempa. Karetka na sygnale ruszyła na Parkitkę, bo - choć formalnie tej nocy ostry dyżur miało Zawodzie - to przy ul. Bialskiej jest dziecięcy OIOM. Mama Ali słyszała, jak ratownicy mówią między sobą, że ktoś będzie czekał przy wejściu. Niestety, nie zastali nikogo.

- Wejście dla dzieci było chyba zamknięte. Obok jednak jest wjazd na izbę przyjęć i oddział ratunkowy dla dorosłych, dostaliśmy się więc tamtędy - relacjonuje pani Anna. - Dwie panie w recepcji spały. Kiedy pozbierały się z leżanek, zaczęła się dyskusja, czy mam ubezpieczenie. Nawet wyłożyły na ladę jakieś formularze, żebym je wypełniła. Straciłam panowanie nad sobą, krzyczałam, żeby najpierw wezwały lekarza, a dopiero potem dochodziły, czy to będzie wizyta płatna, czy bezpłatna. Na szczęście przyszła pani doktor z OIOM-u i zabrała nas ze sobą. Było wpół do szóstej rano.

Rodzice podkreślają, że od tego momentu nie mają najmniejszych zastrzeżeń: lekarze robili wszystko, nie odstępowali dziewczynki. Ale nie dało się jej już uratować. Zmarła w sobotę wieczorem. Diagnoza - wstrząs septyczny spowodowany zakażeniem meningokokami.

- W szpitalu wyjaśnili nam, że sepsa nie jest chorobą, ale zespołem objawów świadczącym o nietypowej reakcji organizmu na zakażenie - dodaje pani Anna.

Alicja była szczepiona przeciwko meningokokom. Czemu więc zachorowała? Rodzice wypytywali o to lekarzy; ci tłumaczyli, że szczepionki działają przeciwko jednemu typowi bakterii, zwanemu typem C, dziewczynka zaś prawdopodobnie zaraziła się drugim - B, przeciwko któremu nie ma skutecznej ochrony.

Wrócili do Anglii, córeczkę pochowali w Częstochowie

Rodzice wciąż rozpamiętują to, co się stało. - Dlaczego nie było pediatry w pogotowiu? Czemu ratownicy nie wiedzieli, gdzie nas zawieźć? Dlaczego karetka nie kontaktowała się z oddziałami, a i one nie komunikowały się między sobą, kogoś trzeba było dopiero budzić? Chcielibyśmy poznać odpowiedzi na te pytania - mówią.

- Nie ma u nas pediatry, bo nie jesteśmy już pogotowiem ratunkowym, jak to było dawniej, ale ratownictwem medycznym - odpowiada Beata Seweryn, wicedyrektorka pogotowia odpowiedzialna za sprawy medyczne. - Jeździmy do sytuacji nagłych: wypadków drogowych, udarów, zawałów... Wszystko zależy od tego, co zgłasza osoba wzywająca karetkę. Tu mama dziecka mówiła o gorączce, biegunce i wymiotach; teraz za opiekę medyczną w podobnych przypadkach odpowiada przychodnia POZ. To do niej trzeba się zgłosić, ewentualnie ona przysyła lekarza do domu. Karetka nie jedzie do gorączkującego dziecka, no, chyba że to 40 stopni i drgawki.

Rozmowy telefoniczne w pogotowiu są nagrywane. Zapis zgadza się z tym, co opowiada mama Ali. Z rejestrów wynika, że dwa i pół kilometra - bo w takiej odległości od szpitala mieszkała rodzina - karetka przebyła w cztery minuty.

- Ale dlaczego traciła czas pod pawilonem zakaźnym, skoro tam nie przyjmują takich małych dzieci? Czy dyspozytor pogotowia nie powinien uprzedzić o tym ratowników? - pytamy dyr. Seweryn.

- Gdyby o to pytali, na pewno by im powiedział. Ale nie pytali. Uznali, że gorączka, biegunka i wymioty to oznaki choroby zakaźnej, dlatego pojechali na PCK. Potem prosili dyspozytorkę, żeby o jadącej karetce uprzedziła szpital na Parkitce. Zrobiła to, zawiadomiła, żeby lekarz zszedł do izby przyjęć.

- Ale tam nikogo nie było.

- My nie wiemy, dlaczego.

Rodzice małej Alicji wrócili do Anglii. Ich córeczka została w Częstochowie, tu ją pochowali. 6 lutego skończyłaby 14 miesięcy.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • 141 komentarzy
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    23 głosy

  • Było zostać w Anglii three-gun-max 09.02.12, 13:33

    I nie traktować Polski jako kurortu wypoczynkowego»

  • Re: Miały być przyjemne zimowe wakacje. Ale Alicj ila79 09.02.12, 17:05

    O matko, szok. Właśnie miałam to zalinkować...To jest naprawdę przerażające. Uważam, że należy wytoczyć proces.»

  • jestem mama Alicji nanabristol 09.02.12, 20:07

    Chcialam tylko krotko podziekowac wszystkim za komentarze i zainteresowanie artykulem.Tego co przezylismy, nie da sie opisac slowami. Wciaz trudno jest nam uwierzyc w to co sie stalo. Sepsa »