Szukali szalonych narzeczonych. Zgłosili się [WIDEO]
16.02.2012
, aktualizacja: 16.02.2012 21:32
W nocy z piątku na sobotę okaże się, czy para z Częstochowy - Martyna Fronczyk i Łukasz Bieniek - zostali najbardziej lubianą parą narzeczonych w konkursie organizowanym przez Targi Ślubne. Zdecydują o tym SMS-y internautów.
Ślub wezmą w czerwcu. Martyna jest fryzjerką, pracuje w salonie przy al. Kościuszki. Szefowa zgłaszając go do udziału w targach ślubnych (będą w Częstochowie 26 lutego), dostała wiadomość o konkursie dla przyszłych par młodych. "Szukamy szalonych narzeczonych" - ogłaszali organizatorzy. Szefowa pokazała to Martynie. Martyna najpierw pomyślała: "Jacy my tam szaleni", ale potem: "Czemu nie". I postawiła Łukasza przed faktem dokonanym: startujemy.
Walczyć było o co, bo nagroda główna - przedmiot lub usługa związane ze ślubem - ma wartość 30 tys. zł. - Trzeba było założyć sobie profil na Facebooku, a na nim takie subkonto. Wrzucało się na nie zdjęcia, filmy, cokolwiek, byle na stronie coś się działo ciekawego. Cel: zebrać jak najwięcej "polubień", czyli kliknięć w znaczek "Lubię to" - opowiada Martyna. - Oboje pracujemy, więc dbałością o wygląd strony mogliśmy się zająć tylko w nocy. Zdarzało mi się siedzieć do czwartej nad ranem...
Czasu mieli mniej niż inne pary: one zbierały głosy już od listopada, oni dowiedzieli się o konkursie na początku stycznia. Na szczęście "polubień" wystarczyło, by obok dziewięciu innych par zakwalifikować się do półfinałów. To oznaczało występ przed publicznością - 10-minutowe show własnego pomysłu. Martyna i Łukasz mieli do wyboru termin wcześniejszy na targach w Łodzi, i późniejszy - w Katowicach. Zdecydowali się na ten pierwszy, 21 stycznia. - To oznaczało, że na przygotowania mamy tylko cztery dni, ale w tym drugim wypadku dłużej byśmy się tremowali - tłumaczą.
- Zwłaszcza że oglądając nagrania z występów innych par martwiłam się, czy w ogóle damy sobie radę, wszyscy wydawali się lepsi - dodaje Martyna.
Nasza para miała jednak wunderwaffe w zanadrzu: Łukasz - na co dzień mechanik samochodowy - i Martyna tańczą, są nawet instruktorami. Ich specjalność to tańce latynoamerykańskie. Na pokaz wybrali bachatę rodem z Dominikany, bardzo teraz modną. Stała się częścią pokazywanej tańcem, gestami i muzyką historyjki, jak chłopak poznaje dziewczynę, traci ją, odzyskuje i w końcu się oświadcza. Martyna przygotowała podkład - kompozycję z 24 fragmentów znanych piosenek - i rekwizyty.
Mało tego, musieli skompletować 20-osobowy fanklub, który miał dopingować ich podczas występu.
Najmniej problemów dostarczyły stroje. Bachata jest tańcem - jak to określa Martyna - luźniejszym, a w dodatku ta pokazywana w Łodzi miała elementy akrobatyczne, odpadały więc długie suknie. - Poza tym Łukasz miał być w tej historii zwyczajnym chłopakiem, a ja typową blondynką. Postawiliśmy na dżinsy, szorty i koszulki - mówi autorka układu.
Zdążyli ze wszystkim. Pojechali. Wystąpili. I tak się spodobali, że zdobyli pierwsze miejsce.
Teraz przed nimi finał. 17 lutego w Katowicach ma być uroczysty bankiet, po nim bal. Przyjadą zwycięzcy wszystkich półfinałów, w sumie pięć par. Łukasz zostawi tym razem dżinsy w domu, wystąpi w garniturze, Martyna będzie w sukience koloru malin. O tym, kto wygra, zdecydują SMS-y internautów (szczegóły dotyczące głosowania i relacja z balu na stronie: targislubne.pl).
- O, tak, ślub to teraz cały przemysł. To taki nowy rodzaj teatru, a odgrywanie w nim różnych ról satysfakcjonuje ludzi, szczególnie młodych. Jakby kusiła ich możliwość zakomunikowania innym o swoim szczęściu (choć nie bez znaczenie jest też pokusa zdobycia nagrody) - komentuje socjolog prof. Marek Szczepański. - W tym wypadku obserwujemy zmianę obyczaju: rośnie w ludziach chęć pokazywania się. Kiedyś myślało się: postrzegam, więc jestem; dziś: jestem postrzegany, więc jestem. Dlatego elementy życia dotąd zarezerwowane jako prywatne, stają się publiczną własnością, pokazywanie się już nie krępuje. Najbardziej widowiskowy znak tych zmian mieliśmy na Śląsku trzy lata temu - nagrodą w podobnym konkursie był ślub w centrum handlowym.
Walczyć było o co, bo nagroda główna - przedmiot lub usługa związane ze ślubem - ma wartość 30 tys. zł. - Trzeba było założyć sobie profil na Facebooku, a na nim takie subkonto. Wrzucało się na nie zdjęcia, filmy, cokolwiek, byle na stronie coś się działo ciekawego. Cel: zebrać jak najwięcej "polubień", czyli kliknięć w znaczek "Lubię to" - opowiada Martyna. - Oboje pracujemy, więc dbałością o wygląd strony mogliśmy się zająć tylko w nocy. Zdarzało mi się siedzieć do czwartej nad ranem...
Czasu mieli mniej niż inne pary: one zbierały głosy już od listopada, oni dowiedzieli się o konkursie na początku stycznia. Na szczęście "polubień" wystarczyło, by obok dziewięciu innych par zakwalifikować się do półfinałów. To oznaczało występ przed publicznością - 10-minutowe show własnego pomysłu. Martyna i Łukasz mieli do wyboru termin wcześniejszy na targach w Łodzi, i późniejszy - w Katowicach. Zdecydowali się na ten pierwszy, 21 stycznia. - To oznaczało, że na przygotowania mamy tylko cztery dni, ale w tym drugim wypadku dłużej byśmy się tremowali - tłumaczą.
- Zwłaszcza że oglądając nagrania z występów innych par martwiłam się, czy w ogóle damy sobie radę, wszyscy wydawali się lepsi - dodaje Martyna.
Nasza para miała jednak wunderwaffe w zanadrzu: Łukasz - na co dzień mechanik samochodowy - i Martyna tańczą, są nawet instruktorami. Ich specjalność to tańce latynoamerykańskie. Na pokaz wybrali bachatę rodem z Dominikany, bardzo teraz modną. Stała się częścią pokazywanej tańcem, gestami i muzyką historyjki, jak chłopak poznaje dziewczynę, traci ją, odzyskuje i w końcu się oświadcza. Martyna przygotowała podkład - kompozycję z 24 fragmentów znanych piosenek - i rekwizyty.
Mało tego, musieli skompletować 20-osobowy fanklub, który miał dopingować ich podczas występu.
Najmniej problemów dostarczyły stroje. Bachata jest tańcem - jak to określa Martyna - luźniejszym, a w dodatku ta pokazywana w Łodzi miała elementy akrobatyczne, odpadały więc długie suknie. - Poza tym Łukasz miał być w tej historii zwyczajnym chłopakiem, a ja typową blondynką. Postawiliśmy na dżinsy, szorty i koszulki - mówi autorka układu.
Zdążyli ze wszystkim. Pojechali. Wystąpili. I tak się spodobali, że zdobyli pierwsze miejsce.
Teraz przed nimi finał. 17 lutego w Katowicach ma być uroczysty bankiet, po nim bal. Przyjadą zwycięzcy wszystkich półfinałów, w sumie pięć par. Łukasz zostawi tym razem dżinsy w domu, wystąpi w garniturze, Martyna będzie w sukience koloru malin. O tym, kto wygra, zdecydują SMS-y internautów (szczegóły dotyczące głosowania i relacja z balu na stronie: targislubne.pl).
- O, tak, ślub to teraz cały przemysł. To taki nowy rodzaj teatru, a odgrywanie w nim różnych ról satysfakcjonuje ludzi, szczególnie młodych. Jakby kusiła ich możliwość zakomunikowania innym o swoim szczęściu (choć nie bez znaczenie jest też pokusa zdobycia nagrody) - komentuje socjolog prof. Marek Szczepański. - W tym wypadku obserwujemy zmianę obyczaju: rośnie w ludziach chęć pokazywania się. Kiedyś myślało się: postrzegam, więc jestem; dziś: jestem postrzegany, więc jestem. Dlatego elementy życia dotąd zarezerwowane jako prywatne, stają się publiczną własnością, pokazywanie się już nie krępuje. Najbardziej widowiskowy znak tych zmian mieliśmy na Śląsku trzy lata temu - nagrodą w podobnym konkursie był ślub w centrum handlowym.
- Dodaj komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
13 głosów




więcej zdjęć