Osiem lat bez wyroku
2010-02-03
, aktualizacja: 03.02.2010 17:39
Po ośmiu latach od aktu oskarżenia małżeństwo, które prowadziło komis samochodowy i oszukało ponad 20 klientów na blisko 350 tysięcy złotych, nie poniosło żadnych konsekwencji. - To była kpina - mówi o latach spędzonych w sądzie jeden z poszkodowanych.
Adam Palacz z pękatej teczki wysypuje plik dokumentów. Wśród nich liczne skargi. Do kierownictwa częstochowskiego sądu i ministra sprawiedliwości.
Dziesięć lat temu do autokomisu Anny i Wiesława K. Adam Palacz oddal mercedesa. Chciał za niego 25 tys. zł. Samochód Palacza został sprzedany, ale on nie dostał ani grosza. Nie był jedyny. Jesienią 2002 r. do sądu trafił akt oskarżenia przeciwko właścicielom autokomisu. Po sprzedaży pojazdu zwodzili osoby, które powierzyły im swe auta, stosując przeróżne wykręty, aby tylko nie oddawać pieniędzy. W pierwszym śledztwie prokuratura ustaliła, że są winni klientom w sumie 135 tys. 600 zł za 10 aut różnych marek sprzedanych między listopadem 2001 a majem 2002 r.
Już po zamknięciu pierwszego śledztwa i wpłynięciu oskarżenia do sądu wyszło na jaw, że małżonkowie nie zaprzestali przestępczej działalności. Okazało się, że tym razem samochody o łącznej wartości ponad 200 tys. zł straciło dziewięć osób.
- Kiedy dałem ogłoszenie o sprzedaży naszej vectry, zgłosiła się do mnie Anna K. - opowiadał "Gazecie" jeden z poszkodowanych. - Właścicielka autokomisu przekonywała, że ma kupca na samochód. Pieniądze miała mi oddać w ciągu trzech tygodni. Kiedy przyjeżdżałem po zapłatę, odgrywała teatr: płakała, błagała, zapewniała, że pieniądze niedługo będą. Jej mąż próbował mnie szantażować, że jak pójdę na policję, nie dostanę nic. Potem okazało się, że opel już pierwszego dnia po wstawieniu do komisu zmienił właściciela i został przerejestrowany.
- Tak samo było z moim mercedesem - mówi Palacz. Już osiem lat temu ludzie dziwili się, że policja i prokuratura, prowadząc śledztwo, nadal pozwalała małżonkom K. na oszustwa. - Dopóki nie ma prawomocnego wyroku skazującego tych ludzi, obowiązuje zasada domniemania niewinności - odpowiadał rzecznik prokuratury Romuald Basiński. - Nie mogliśmy im zabronić prowadzenia komisu, bo tego typu działalność nie jest koncesjonowana.
Zasada domniemania niewinności małżonków K. obowiązuje do dziś. Pierwszy akt oskarżenia trafił do sądu w 2002 r. Sprawa nie ruszyła z miejsca, za to rok później połączono ją z kolejnym, bliźniaczym aktem oskarżenia.
- Na pierwszej rozprawie w listopadzie 2003 roku sędzia rozejrzał się po sali i wśród poszkodowanych wypatrzył znajomego. Od razu oświadczył, ze będzie musiał się z tego procesu wyłączyć - opowiada Palacz.
Tak się też stało. Akta trafiły do sędzi, która po kilku miesiącach... poszła na urlop macierzyński. - Że tak się może stać, już wcześniej w pismach ostrzegałem kierownictwo sądu. Przecież było widać, ze pani sędzia jest w błogosławionym stanie i nie zdąży wydać wyroku. Już w 2004 roku wiceprezes sądu okręgowego przyznał mi rację, że sprawa nadmiernie się przewleka, i zobowiązał na piśmie, że podejmie kroki, by miała finał do końca 2004 roku - mówi Palacz.
W kwietniu 20005 akta trafiły do kolejnej sędzi. W czerwcu 2008 roku właściciele autokomisu usłyszeli wyroki. Były skazujące, więc się odwołali. W kwietniu sąd okręgowy uchylił wyroki z I instancji, wytykając w uzasadnieniu liczne błędy formalne i merytoryczne. Proces rozpocznie się od nowa w marcu. Ze sprawą autokomisu zmierzy się już czwarty (z sześciu) sędzia rejonowy tego samego wydziału.
- Czuję się oszukany już nie przez Annę K., ale przez sąd. To ja nie mam ani samochodu, ani pieniędzy, a państwo K. śmieją się w kułak. W mojej sprawie Anna K. przyznała się do oszustwa już na pierwszej rozprawie osiem lat temu. Tylko nic z tego dla mnie nie wyniknęło. Doliczając odsetki, to ci ludzie są winni klientom co najmniej pół miliona złotych. Na pewno tego nie oddadzą. To nieudolny wymiar sprawiedliwości dał im aż nadto czasu na pozbycie się całego majątku. Choć mają gdzie mieszkać i czym jeździć, formalnie nie mają już nic - żali się Palacz. I zapowiada teraz wniosek o rozpatrzenie jego sprawy w odrębnym procesie.
Długi proces to wyjątek?
Rozmowa z rzecznikiem sądu okręgowego Bogusławem Zającem
Czy ciągnąca się od ośmiu lat sprawa bez ostatecznego rozstrzygnięcia to standard naszego wymiaru sprawiedliwości, czy powód do niepokoju?
- Na tak długi czas postępowanie składało się wiele czynników często niezależnych od sądu. To nie standard, a wręcz wyjątek. W ubiegłym roku na 36 tysięcy spraw karnych toczących w sądach okręgu częstochowskiego zaledwie 97 z nich toczy się dłużej niż pięć lat.
Byli klienci oskarżonych mają pretensje, że akta sprawy przeleżały blisko rok, a potem z kilku tomów i pięciu poszkodowanych sprawa "spuchła" do ponad 20 poszkodowanych i 14 tomów akt.
- To przepisy kodeksu postępowania karnego nakazują łączenie spraw, jeżeli jest ten sam sprawca oraz inne osoby, których przestępstwo pozostaje w ścisłym związku z przestępstwem sprawcy. Prowadzenie odrębnych procesów na przykład przy konieczności słuchania tych samych świadków, weryfikowania tych samych zdarzeń i przestępstw, byłoby nieracjonalne i mogłoby wręcz przedłużyć proces.
A czy przydzielanie sprawy sędzi, o której wiadomo, że niebawem urodzi dziecko i proces zostanie zawieszony, jest racjonalne?
- Spraw nie przydziela się sędziom na zasadzie czyjegoś widzimisię. Sędziowie otrzymują sprawy w kolejności ich wpływu, niejako losowo. W wyjątkowych przypadkach, np. choroby sędziego lub innej ważniej przeszkody, przewodniczący wydziału może odstąpić od tej zasady. I musi to uzasadnić na piśmie w zarządzeniu o wyznaczeniu rozprawy. Ciąża nie jest chorobą. Poza tym sędzia, która otrzymała sprawę, nie była wówczas w ciąży. W momencie gdy proces zbliżał się do finału - ze względu na ciążę i zwolnienie lekarskie sędzi - sprawa musiała został przekazana do referatu innego sędziego. Z uwagi na przepisy kodeksu postępowania karnego musiała się toczyć od nowa.
W opisanej przez nas sprawie poszkodowani wielokrotnie wytykali błędy i zwracali się do prezesa sądu, a nawet ministra sprawiedliwości z prośbą o interwencję.
Dziesięć lat temu do autokomisu Anny i Wiesława K. Adam Palacz oddal mercedesa. Chciał za niego 25 tys. zł. Samochód Palacza został sprzedany, ale on nie dostał ani grosza. Nie był jedyny. Jesienią 2002 r. do sądu trafił akt oskarżenia przeciwko właścicielom autokomisu. Po sprzedaży pojazdu zwodzili osoby, które powierzyły im swe auta, stosując przeróżne wykręty, aby tylko nie oddawać pieniędzy. W pierwszym śledztwie prokuratura ustaliła, że są winni klientom w sumie 135 tys. 600 zł za 10 aut różnych marek sprzedanych między listopadem 2001 a majem 2002 r.
Już po zamknięciu pierwszego śledztwa i wpłynięciu oskarżenia do sądu wyszło na jaw, że małżonkowie nie zaprzestali przestępczej działalności. Okazało się, że tym razem samochody o łącznej wartości ponad 200 tys. zł straciło dziewięć osób.
- Kiedy dałem ogłoszenie o sprzedaży naszej vectry, zgłosiła się do mnie Anna K. - opowiadał "Gazecie" jeden z poszkodowanych. - Właścicielka autokomisu przekonywała, że ma kupca na samochód. Pieniądze miała mi oddać w ciągu trzech tygodni. Kiedy przyjeżdżałem po zapłatę, odgrywała teatr: płakała, błagała, zapewniała, że pieniądze niedługo będą. Jej mąż próbował mnie szantażować, że jak pójdę na policję, nie dostanę nic. Potem okazało się, że opel już pierwszego dnia po wstawieniu do komisu zmienił właściciela i został przerejestrowany.
- Tak samo było z moim mercedesem - mówi Palacz. Już osiem lat temu ludzie dziwili się, że policja i prokuratura, prowadząc śledztwo, nadal pozwalała małżonkom K. na oszustwa. - Dopóki nie ma prawomocnego wyroku skazującego tych ludzi, obowiązuje zasada domniemania niewinności - odpowiadał rzecznik prokuratury Romuald Basiński. - Nie mogliśmy im zabronić prowadzenia komisu, bo tego typu działalność nie jest koncesjonowana.
Zasada domniemania niewinności małżonków K. obowiązuje do dziś. Pierwszy akt oskarżenia trafił do sądu w 2002 r. Sprawa nie ruszyła z miejsca, za to rok później połączono ją z kolejnym, bliźniaczym aktem oskarżenia.
- Na pierwszej rozprawie w listopadzie 2003 roku sędzia rozejrzał się po sali i wśród poszkodowanych wypatrzył znajomego. Od razu oświadczył, ze będzie musiał się z tego procesu wyłączyć - opowiada Palacz.
Tak się też stało. Akta trafiły do sędzi, która po kilku miesiącach... poszła na urlop macierzyński. - Że tak się może stać, już wcześniej w pismach ostrzegałem kierownictwo sądu. Przecież było widać, ze pani sędzia jest w błogosławionym stanie i nie zdąży wydać wyroku. Już w 2004 roku wiceprezes sądu okręgowego przyznał mi rację, że sprawa nadmiernie się przewleka, i zobowiązał na piśmie, że podejmie kroki, by miała finał do końca 2004 roku - mówi Palacz.
W kwietniu 20005 akta trafiły do kolejnej sędzi. W czerwcu 2008 roku właściciele autokomisu usłyszeli wyroki. Były skazujące, więc się odwołali. W kwietniu sąd okręgowy uchylił wyroki z I instancji, wytykając w uzasadnieniu liczne błędy formalne i merytoryczne. Proces rozpocznie się od nowa w marcu. Ze sprawą autokomisu zmierzy się już czwarty (z sześciu) sędzia rejonowy tego samego wydziału.
- Czuję się oszukany już nie przez Annę K., ale przez sąd. To ja nie mam ani samochodu, ani pieniędzy, a państwo K. śmieją się w kułak. W mojej sprawie Anna K. przyznała się do oszustwa już na pierwszej rozprawie osiem lat temu. Tylko nic z tego dla mnie nie wyniknęło. Doliczając odsetki, to ci ludzie są winni klientom co najmniej pół miliona złotych. Na pewno tego nie oddadzą. To nieudolny wymiar sprawiedliwości dał im aż nadto czasu na pozbycie się całego majątku. Choć mają gdzie mieszkać i czym jeździć, formalnie nie mają już nic - żali się Palacz. I zapowiada teraz wniosek o rozpatrzenie jego sprawy w odrębnym procesie.
Długi proces to wyjątek?
Rozmowa z rzecznikiem sądu okręgowego Bogusławem Zającem
Czy ciągnąca się od ośmiu lat sprawa bez ostatecznego rozstrzygnięcia to standard naszego wymiaru sprawiedliwości, czy powód do niepokoju?
- Na tak długi czas postępowanie składało się wiele czynników często niezależnych od sądu. To nie standard, a wręcz wyjątek. W ubiegłym roku na 36 tysięcy spraw karnych toczących w sądach okręgu częstochowskiego zaledwie 97 z nich toczy się dłużej niż pięć lat.
Byli klienci oskarżonych mają pretensje, że akta sprawy przeleżały blisko rok, a potem z kilku tomów i pięciu poszkodowanych sprawa "spuchła" do ponad 20 poszkodowanych i 14 tomów akt.
- To przepisy kodeksu postępowania karnego nakazują łączenie spraw, jeżeli jest ten sam sprawca oraz inne osoby, których przestępstwo pozostaje w ścisłym związku z przestępstwem sprawcy. Prowadzenie odrębnych procesów na przykład przy konieczności słuchania tych samych świadków, weryfikowania tych samych zdarzeń i przestępstw, byłoby nieracjonalne i mogłoby wręcz przedłużyć proces.
A czy przydzielanie sprawy sędzi, o której wiadomo, że niebawem urodzi dziecko i proces zostanie zawieszony, jest racjonalne?
- Spraw nie przydziela się sędziom na zasadzie czyjegoś widzimisię. Sędziowie otrzymują sprawy w kolejności ich wpływu, niejako losowo. W wyjątkowych przypadkach, np. choroby sędziego lub innej ważniej przeszkody, przewodniczący wydziału może odstąpić od tej zasady. I musi to uzasadnić na piśmie w zarządzeniu o wyznaczeniu rozprawy. Ciąża nie jest chorobą. Poza tym sędzia, która otrzymała sprawę, nie była wówczas w ciąży. W momencie gdy proces zbliżał się do finału - ze względu na ciążę i zwolnienie lekarskie sędzi - sprawa musiała został przekazana do referatu innego sędziego. Z uwagi na przepisy kodeksu postępowania karnego musiała się toczyć od nowa.
W opisanej przez nas sprawie poszkodowani wielokrotnie wytykali błędy i zwracali się do prezesa sądu, a nawet ministra sprawiedliwości z prośbą o interwencję.
- Owszem, prezes sądu okręgowego w odpowiedzi na skargę może sam bądź za pośrednictwem sędziego wizytatora zbadać bieg sprawy i jeżeli stwierdzi, że sprawa ponad miarę się przeciąga, może przeprowadzić z sędzią rozmowę. I tyle, bo trzeba pamiętać, że sędziowie są niezawiśli i nie można wywierać na nich wpływu czy nakazywać im czynności związanych z procesem. Prezes jest przełożonym sędziów tylko w rozumieniu administracyjnym.
Ale w tym przypadku jeden z poszkodowanych ma pismo, w którym kierownictwo SO zobowiązuje się do starań, by sprawa zakończyła się w 2004 roku.
- Nie znam treści tego pisma, jeśli było takie sformułowanie, to widocznie na ówczesny stan sprawy były przesłanki, by zakończyła się do końca 2004 roku.
Poszkodowani mówią, że gdyby na początku sprawy sąd zastosował w stosunku do oskarżonych areszt, to proces dawno by się już zakończył
- Areszt jest sankcją ostateczną i nie może być traktowany jako kara. Widocznie nie było w tamtym czasie podstaw do takiej sankcji.
Jeden z poszkodowanych chce teraz, by sąd jego sprawę wyłączył do odrębnego postępowania. Czy jest to możliwe ?
- Teoretycznie tak. Umotywowany wniosek taka osoba może złożyć na rozprawie. Wówczas sędzia musi go rozpatrzyć. Zaznaczam, że wyłączenie do odrębnego rozpoznania sprawy poszczególnej osoby lub o poszczególne czyny może nastąpić jedynie, gdy są istotne przeszkody do łącznego - jak w przypadku tego procesu - rozpoznania sprawy.
Rozmawiał Marek Mamoń
Ale w tym przypadku jeden z poszkodowanych ma pismo, w którym kierownictwo SO zobowiązuje się do starań, by sprawa zakończyła się w 2004 roku.
- Nie znam treści tego pisma, jeśli było takie sformułowanie, to widocznie na ówczesny stan sprawy były przesłanki, by zakończyła się do końca 2004 roku.
Poszkodowani mówią, że gdyby na początku sprawy sąd zastosował w stosunku do oskarżonych areszt, to proces dawno by się już zakończył
- Areszt jest sankcją ostateczną i nie może być traktowany jako kara. Widocznie nie było w tamtym czasie podstaw do takiej sankcji.
Jeden z poszkodowanych chce teraz, by sąd jego sprawę wyłączył do odrębnego postępowania. Czy jest to możliwe ?
- Teoretycznie tak. Umotywowany wniosek taka osoba może złożyć na rozprawie. Wówczas sędzia musi go rozpatrzyć. Zaznaczam, że wyłączenie do odrębnego rozpoznania sprawy poszczególnej osoby lub o poszczególne czyny może nastąpić jedynie, gdy są istotne przeszkody do łącznego - jak w przypadku tego procesu - rozpoznania sprawy.
Rozmawiał Marek Mamoń
- 29 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
12 głosów
-
czekam, kiedy można będzie wytoczyć sprawę sądowi
do100jnik
04.02.10, 01:30
dopóki sędzia za swoje postępowanie nie odpowiada własną dvpą to tak będzie »
-
Osiem lat bez wyroku
newyorker77
04.02.10, 01:34
nawet warszawskie golebie sraja na "Sprawiedliwosc jest ostojaRzeczpospolitej", przeczytalem w jednym z felietonow. I bynajmniej im sie niedziwie.PO lekturze powyzszego robilbym to samo.»
-
Osiem lat bez wyroku
andrzej1952
04.02.10, 08:49
sędziowie zaangażowani w sprawę pewnie jeżdżą tymi mercedesami i stąd taki obrót sprawy (powinni bałwany w szlafrokach odpowiadać materialnie za swoje błędy albo postarać się o właściwe im »
Najczęściej czytane24 htydzień





