Polskie miasta - nasze też - najbrzydsze w Europie
2010-05-13
, aktualizacja: 13.05.2010 11:49
Album "Polski Outdoor" prezentujący nasze miasta oszpecone reklamami, otwiera zdjęcie z Częstochowy.
Wjeżdżających od strony Warszawy witają stojące obok siebie wielkie tablice reklamowe McDonaldsa, Castoramy i salonu Peugeota. W samym środku tego bałaganu ginie niepozorny drogowskaz: "Jasna Góra, 8 km". - To zdjęcie jest fantastyczną metaforą naszego kraju - mówi Marcin Rutkiewicz, współautor albumu i działacz stowarzyszenia MojeMiastoAwNim.pl.
A co zobaczy podróżny przybywający koleją? Wychodząc na pl. Rady Europy po lewej i po prawej dojrzy kilkupiętrowe ściany reklamowe. - To wybryk właścicieli domów, którzy wykorzystują elewacje do celów informacyjnych. W dodatku jest to działanie kontrproduktywne, bo nawał reklam czyni je nieczytelnymi - mówi Maciej Piwowarczyk z Biura Strategii Rozwoju Częstochowy.
Takie głosy padły na konferencji "Przestrzeń publiczna (nie)estetyczna" zorganizowanej w Urzędzie Miasta. Żywiołowo umieszczane reklamy zrobiły z naszego kraju - w tym Częstochowy - śmietnik. Na ulicach mamy chaos, kicz, tandetę i wizualną agresję. Co gorsza, Polakom jest to obojętne: wg ogólnopolskich badań tylko 6 proc. dostrzega w reklamie problem, a 60 proc. uważa to, co widzimy na ulicach, za atrybut nowoczesności i wielkomiejskości. - Tymczasem w Paryżu jest tylko 2 tys. bilboardów podczas gdy w Warszawie 30 tys. a w całym kraju 110 tys. - mówi Rutkiewicz.
Na skrzyżowaniach atakują nas ekrany, a krzykiem reklamowej mody (która jeszcze do Częstochowy nas nie dotarła) są telebimy na samochodach, które godzinami krążą po mieście.
- Nie walczymy z reklamami ale walczymy o zasady ich umieszczania - mówi Elżbieta Dymna, prezes stowarzyszenia MiastoMojeAwNim.pl.
Zasady ustawiania reklam można zapisać w planach miejscowych. Niestety, w wielu miastach pokrywają one niewielkie obszary, a jeśli powstają nowe plany, to dla terenów inwestycyjnych a nie dzielnic centralnych. Niechlubnym przykładem jest tu Częstochowa.
- Znając te realia proponujemy stworzyć odrębne prawodawstwo dla reklam. Mówiło by one np. o dozwolonych wielkościach bilboardów i ich liczbie na danym terenie - mówi Rutkiewicz. Stowarzyszenie dąży też do zapisania nowych definicji bo istniejące są nieaktualne. Np. plan miejscowy można chronić przestrzeń publiczną, ale nie zalicza się do niej przydrożne pole z lasem reklam. Powinno się więc mówić o "wspólnej przestrzeni wizualnej", czyli o tym, co widzimy idąc ulicą. Sama zaś reklama jest dziś definiowana jako fizyczna konstrukcja a przecież można ją wyświetlać na murze z rzutnika. Reklamą są też wymykające się prawu szperacze, czyli silne strumienie światła puszczane w niebo.
Wreszcie egzekucja: są firmy, które wieszają reklamy na dziko wiedząc, że procedura ich usunięcia trwa dłużej niż czas zakontraktowania reklamy. A kara jest dużo mniejsza niż zysk. W końcu zdejmują reklamy, a nazajutrz wieszają nowe - i zabawa w kotka i myszkę toczy się dalej. Stąd pomysł "policji reklamowej", finansowanej, tak jak Instytut Sztuki Filmowej, z odpisów z reklam. - Ten rynek wart jest 1 mld zł rocznie. Już 3 proc. z tej kwoty to duże pieniądze - mówi Rutkiewicz, apelując do samorządów, by słały pisma do rządu wspierając inicjatywę.
A co zobaczy podróżny przybywający koleją? Wychodząc na pl. Rady Europy po lewej i po prawej dojrzy kilkupiętrowe ściany reklamowe. - To wybryk właścicieli domów, którzy wykorzystują elewacje do celów informacyjnych. W dodatku jest to działanie kontrproduktywne, bo nawał reklam czyni je nieczytelnymi - mówi Maciej Piwowarczyk z Biura Strategii Rozwoju Częstochowy.
Takie głosy padły na konferencji "Przestrzeń publiczna (nie)estetyczna" zorganizowanej w Urzędzie Miasta. Żywiołowo umieszczane reklamy zrobiły z naszego kraju - w tym Częstochowy - śmietnik. Na ulicach mamy chaos, kicz, tandetę i wizualną agresję. Co gorsza, Polakom jest to obojętne: wg ogólnopolskich badań tylko 6 proc. dostrzega w reklamie problem, a 60 proc. uważa to, co widzimy na ulicach, za atrybut nowoczesności i wielkomiejskości. - Tymczasem w Paryżu jest tylko 2 tys. bilboardów podczas gdy w Warszawie 30 tys. a w całym kraju 110 tys. - mówi Rutkiewicz.
Na skrzyżowaniach atakują nas ekrany, a krzykiem reklamowej mody (która jeszcze do Częstochowy nas nie dotarła) są telebimy na samochodach, które godzinami krążą po mieście.
- Nie walczymy z reklamami ale walczymy o zasady ich umieszczania - mówi Elżbieta Dymna, prezes stowarzyszenia MiastoMojeAwNim.pl.
Zasady ustawiania reklam można zapisać w planach miejscowych. Niestety, w wielu miastach pokrywają one niewielkie obszary, a jeśli powstają nowe plany, to dla terenów inwestycyjnych a nie dzielnic centralnych. Niechlubnym przykładem jest tu Częstochowa.
- Znając te realia proponujemy stworzyć odrębne prawodawstwo dla reklam. Mówiło by one np. o dozwolonych wielkościach bilboardów i ich liczbie na danym terenie - mówi Rutkiewicz. Stowarzyszenie dąży też do zapisania nowych definicji bo istniejące są nieaktualne. Np. plan miejscowy można chronić przestrzeń publiczną, ale nie zalicza się do niej przydrożne pole z lasem reklam. Powinno się więc mówić o "wspólnej przestrzeni wizualnej", czyli o tym, co widzimy idąc ulicą. Sama zaś reklama jest dziś definiowana jako fizyczna konstrukcja a przecież można ją wyświetlać na murze z rzutnika. Reklamą są też wymykające się prawu szperacze, czyli silne strumienie światła puszczane w niebo.
Wreszcie egzekucja: są firmy, które wieszają reklamy na dziko wiedząc, że procedura ich usunięcia trwa dłużej niż czas zakontraktowania reklamy. A kara jest dużo mniejsza niż zysk. W końcu zdejmują reklamy, a nazajutrz wieszają nowe - i zabawa w kotka i myszkę toczy się dalej. Stąd pomysł "policji reklamowej", finansowanej, tak jak Instytut Sztuki Filmowej, z odpisów z reklam. - Ten rynek wart jest 1 mld zł rocznie. Już 3 proc. z tej kwoty to duże pieniądze - mówi Rutkiewicz, apelując do samorządów, by słały pisma do rządu wspierając inicjatywę.
- 15 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
18 głosów
-
Polskie miasta - nasze też - najbrzydsze w Europie
donald-marzy
13.05.10, 21:13
"wg ogólnopolskich badań tylko 6 proc. dostrzega w reklamie problem" - a czy ktoś dostrzega te reklamy? jeżdżąc po mieście dostrzegam telebimy, ale nigdy nie wiem co na nich jest »
-
Polskie miasta - nasze też - najbrzydsze w Europie
frasia2
18.05.10, 12:22
Reklamy w Polsce sa dla mnie koszmarem! Odremontowane, swiezo pomalowane budynki, czy tez nowowybudowane sa obwieszane tzw "reklama", czyli: napisy w oknach, bannery na balkonach, wielkie »
-
Polskie miasta - nasze też - najbrzydsze w Europie
leopoldy
20.05.10, 15:45
Mieszkam od jakiegos czasu za naszą zachodnią granicą. I dopiero tutaj udało mi się odetchnąć od nachalności reklam. Po obejrzeniu kilku części świata można się przekonać, jak nasze miasto »




więcej zdjęć