LIST: Wspomnienie sąsiada "gierkówki"

Nazwisko do wiadomości redakcji
04.11.2011 , aktualizacja: 04.11.2011 13:19
A A A Drukuj
W początkowej fazie istnienia trasy istniały jeszcze lewoskręty np. w ul. (wtedy) Wacławy Marek i "normalne" przejścia dla pieszych. Na odcinku od ul. Krakowskiej do estakady były trzy i przejście nimi przez trasę naprawdę nie było problemem - wspomina "gierkówkę" jeden z Czytelników.
Jestem od niej (mojej sąsiadki "gierkówki") starszy tylko o trzy lata. Przy ul. Sosnowej - to oficjalny adres, ale tak naprawdę przy al. Wojska Polskiego - zamieszkałem w 1972 r., w kilka dni po urodzeniu w bloku wybudowanym dwa lata wcześniej. Odkąd sięgam pamięcią, to właśnie ona, "gierkówka", była moją sąsiadką. Ona śledziła, jak dorastam a ja śledziłem, jak zmienia się ona - czyli trasa, bo tak ją wszyscy nazywaliśmy.

Pierwsze skojarzenia mam gdzieś z roku 1980, kiedy to zaczynałem swoją przygodę z edukacją. Uczyłem się w położonej dokładnie po drugiej stronie trasy podstawówce nr 17. Ale w pierwszej klasie nie było tak fajnie - nie było jeszcze kładki i byłem prowadzany naokoło, czyli pod estakadę na przejście i z powrotem. Dla pierwszaka taki spacer - ok. 1 km! - był niekończącą się drogą. Na drugą klasę dostałem prezent: kładkę. Droga do szkoły skróciła się kolosalnie.

Pamiętam, że wtedy kładka była niebieska.

Następny wyraźny obrazek, jaki przychodzi mi do głowy, to grudzień 1981 r. i... SKOT [transporter opancerzony] stojący na wlocie ul. Powstańców Śląskich, a obok SKOT-a koksiak i grupka grzejących się przy nim żołnierzy i milicjantów z kałasznikowami (mój pierwszy naprawdę bliski kontakt z prawdziwym karabinem, bo do tej pory tego typu "broń" w moich rękach zawsze miała kształty bardziej podobne do patyka niż karabinu). Jako że mieszkaliśmy tuż obok, a lekcji nie było, to coraz śmielej podchodziliśmy do żołnierzy i oglądaliśmy z zaciekawieniem ich ekwipunek. Dlaczego stali właśnie w tym miejscu? Ano ze względu na kładkę. Istniało bowiem ryzyko, że ktoś będzie chciał dokonać sabotażu lub zamachu na przejeżdżające co rusz dołem wojskowe lub milicyjne konwoje. Tak więc kładka okazała się punktem strategicznym w stanie wojennym. Zresztą o możliwości wykorzystania kładki jako miejsca zamachu przekonaliśmy się znacznie później, kiedy to trasą miał jechać bodajże prezydent Włoch: wtedy zabroniono wchodzić na górę w czasie przejazdu kolumny!

Początkowo ruch na trasie nie był jakiś zawrotny, ale porównując do innych ulic miasta, to zawsze znacznie większy. We wczesnych latach 80. wysiadywaliśmy na kładce i liczyliśmy "fordy", czyli wszystkie przejeżdżające dołem auta zachodnich marek. Nie było tego wtedy zbyt wiele. Pamiętam też doskonale pierwszy baaardzo długi remont estakady - i wtedy to już tworzyły się korki na światłach z al. Pokoju.

Pamiętam też pierwszy kapitalny remont kładki tak gdzieś na przełomie wieków. Zarówno tamten remont, jak i ten zakończony kilka miesięcy temu został wymuszony przez uderzenie zbyt wysokiego pojazdu. Ten pierwszy przypadek widziałem na własne oczy. Pan z wywrotki zapomniał na budowie opuścić kiper i tak sobie jechał, aż nie zmieścił się pod kładką. Uderzenie było tak mocne, że kiper całkowicie się urwał i spadł na jezdnię a reszta auta przejechała kilkadziesiąt metrów dalej i zatrzymała się w pobliskich krzakach. W sumie to ta kładka być może uratowała gościowi życie, bo niechybnie zerwałby podniesionym kiprem trakcję tramwajową znajdującą się kawałek dalej.

A wracając do natężenia ruchu. W początkowej fazie to nawet istniały lewoskręty np. w ul. (wtedy) Wacławy Marek i "normalne" przejścia dla pieszych. Na odcinku od ul. Krakowskiej do estakady były trzy i przejście nimi przez trasę naprawdę nie było problemem. Ruch gęstniał, więc najpierw polikwidowano lewoskręty, a później zebry, zastępując je kolejnymi kładkami. Dzisiaj próba przejścia na drugą stronę jezdni po poziomie zero to prawdziwa misja samobójcza, ale czasami widzę, jak trafiają się szaleńcy. Niestety, wiele razy kończyło się to tragicznie, co też zdarzało mi się widzieć.

Trochę w tym tekście jest o kładce i natężeniu ruchu, więc podsumowując, opowiem jeszcze dwie historie. Pierwsza to czerwiec 1982 r. Toczyły się mistrzostwa w piłce nożnej w Hiszpanii. Trwał jakiś ważny mecz z naszym udziałem, a moi rodzice wysłali mnie i siostrę po ciastka do cukierni po drugiej stronie trasy. Wtedy pierwszy raz mogłem obserwować szeroką dwujezdniową trasę kompletnie pustą. A gdy wracaliśmy, nagle coś się zatrzęsło i kładka zadrżała. Później okazało się, że Polacy strzelili gola.

Kiedy przyszedł XXI w. nie miałem wątpliwości, że kompletnie pustej "gierkówki" już nigdy nie zobaczę - jednak druga historia, o której chcę opowiedzieć, pokazała, że się myliłem. Tak potoczyły się losy moje i mojej rodziny, że dokładnie w porze mszy św. pogrzebowej Jana Pawła II musiałem jechać na Śląsk i choć trudno mi w to było uwierzyć, w tym czasie na odcinku od ul. Powstańców Śląskich aż do Romanowa, gdzie skręcałem z trasy, nie spotkałem ani jednego samochodu!

Dziś wyglądam przez okno pokoju i widzę jeden wielki korek.

Podziel się

  • Dodaj komentarz
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    5 głosów