Jolanta Skwarczyńska-Chiu. Taniec ma we krwi
2009-07-23
, aktualizacja: 23.07.2009 22:21
Jej chińska nauczycielka pojechała do arabskiego mistrza, by doskonalić sztukę tańca brzucha. Powiedział, że jeśli nie przytyje pięć kilo, nie będzie z nią nawet rozmawiał.
ZOBACZ TAKŻE
- Leksykon Częstochowian Nieobecnych (20-08-09, 22:01)
Wszystko wskazuje na to, że w Częstochowie będziemy mieli szkołę tańca brzucha. O powrocie do rodzinnego miasta myśli Jolanta Skwarczyńska-Chiu. Teraz mieszka na Tajwanie, gdzie poznaje tajniki tej tanecznej sztuki.
Między Ameryka i Azją
Z krajem rozłączył ją stan wojenny. Ale najpierw, gdy w 1980 roku skończyła nauczanie początkowe w naszej Wyższej Szkole Pedagogicznej, zaczęła pracę w Nowym Bystrem k. Zakopanego. - Byłam ofiarą eksperymentu. Przez trzy lata studiów miałam być pedagogiem szkolnym, ale na trzecim roku zdecydowali, że specjalizację likwidują i dadzą nam dyplomy z nauczania początkowego - opowiada. - Praca w Bystrem była wspaniała. Tyle że do najbliższego kina czy klubu trzeba było iść przez Gubałówkę do Zakopanego.
W 1981 roku wyjechała do USA na zaproszenie kolegi. Nie myślała o polityce, choć pustki w sklepach i ogólna sytuacja nie zachęcały do pozostania w Polsce. Miała wrócić po kilku miesiącach, przeszkodził jej stan wojenny. - Na uniwersytecie w Chicago umożliwiono mi podjęcie studiów pedagogicznych, nawet przepisano część zaliczeń z WSP - wspomina. - Tam spotkałam przyszłego męża, Freda Chiu, który zaczął doktorat. Był Amerykaninem chińskiego pochodzenia, więc pracę z antropologii ekonomicznej postanowił robić w Hongkongu. Przenieśliśmy się tam, ja uczyłam dzieci w szkole, mąż po obronieniu doktoratu dostał pracę na uniwersytecie. Żyło się nam tam wspaniale przez 15 lat, z krótkimi przerwami na pobyty w USA.
W Hongkongu Jolanta Skwarczyńska-Chiu długo była jedną z dwóch mieszkających tam Polek. Nie było ambasady, powstała dopiero w latach 90. Z czasem środowisko polonijne stawało się coraz liczniejsze. W ostatnich latach pobytu częstochowianka zaczęła prowadzić szkołę języka i kultury polskiej. Siedzibą była sala przy Notre Dame College przy parafii katolickiej, w której proboszczem był ks. Sławek. Wprowadził m.in. msze św. w języku polskim.
Przed czterema laty Fred Chiu przyjął posadę profesora na Tajwanie. Znowu zmienili więc miejsce zamieszkania.
Do tańca trzeba wagi
Podczas przejściowego pobytu w Chicago Jolanta, namówiona przez przyjaciółkę (też częstochowiankę), poszła na lekcje salsy. Była urzeczona. Wydawało się jej, że odnalazła swoją pasję. - Moja mam była urzędniczką w zakładzie energetycznym, ale jako młoda dziewczyna tańczyła - mówi częstochowianka. - Ojciec pracował jako elektryk, ale z pasji był perkusistą i klarnecistą. Grał w różnych zespołach. Sądzę, że taniec i muzykę miałam zawsze w sobie. Mieszkając w Częstochowie, przyjaźniłam się z muzykami Tie Break - wspomina. - A w Chicago są kluby Blue Note i Cotton Club, odbywa się mnóstwo koncertów plenerowych. Słyszałam na żywo m.in. Milesa Davisa. Tam mogłam dać wyraz swoim zainteresowaniom. Ale wkrótce stwierdziłam, że salsa - choć wspaniała - ma poważnego konkurenta: taniec arabski, nazywany orientalnym lub tańcem zasłon, a w Polsce tańcem brzucha. Poznałam go też w Chicago, ale naprawdę ćwiczyć zaczęłam na Tajwanie. Okazało się, że są tam aż cztery szkoły. Później zorientowałam się, że taniec arabski jest bardzo popularny wśród Azjatek.
Na Tajwanie Jolanta Chiu już nie pracowała zawodowo. Tam - jak tłumaczy - obowiązuje język chiński w odmianie min, której nie zna. - Proszę sobie wyobrazić, że uczestniczę w zajęciach prowadzonych w min i z poleceń instruktorki nic nie rozumiem - mówi Skwierczyńska. - Dopiero potem szukam w internecie wiedzy o funkcjonowaniu mięśni w poszczególnych figurach. Mimo to na ubiegłorocznym przeglądzie szkół zajęłam drugie miejsce. Mam też dyplom pierwszego stopnia wydany przez Suhcila Salimpur School of Belly Dance California - najważniejszy ośrodek tańca brzucha w USA. Mam nadzieję, że wkrótce zdobędę tam uprawnienia instruktorskie.
Częstochowianka wynosi pod niebiosa taniec brzucha. To nie tylko doskonała gimnastyka. Ten rodzaj ruchu jest doskonałym masażem dla narządów wewnętrznych, a seksuolodzy dodają, że pozwala wzmocnić doznania erotyczne. Nie jest to jednak forma rekreacji dla osób bardzo szczupłych - te powinny uprawiać fitness. Jolanta przytacza anegdotę o tym, jak jej chińska nauczycielka pojechała do arabskiego mistrza doskonalić swoją sztukę. Powiedział jej, że jeśli nie przytyje pięć kilo, nie będzie z nią nawet rozmawiał.
Powrót do domu?
Tęskni za Częstochową. - Nasz syn Benedykt ma już 16 lat - mówi Jolanta. - Fred ma swój świat nauki. A mnie coraz bardziej brakuje przyjaciół z młodości, życia towarzyskiego. Mam tu dom, chciałabym więc dzielić życie na Tajwan i Częstochowę.
Jolantę Skwarczyńską-Chiu można było już oglądać w rodzinnym mieście. Wystąpiła m.in. niedawno na benefisie Barbary Rosiek oraz na inauguracji restauracji hinduskiej. - Może uruchomię tutaj szkołę tańca brzucha - zastanawia się.
Jolanta Skwarczyńska-Chiu
Urodziła się w Częstochowie 15 czerwca 1956 r. Skończyła LO im. Świerczewskiego, a później nauczanie początkowe na częstochowskiej WSP. W 1981 r. wyjechała do USA. W Chicago podjęła studia pedagogiczne i poznała obecnego męża Freda Chiu. Razem przez lata mieszkali w Hongkongu, potem od 2004 roku na Tajwanie. Mają 16-letniego syna Benedykta.
Podczas pobytu w USA zaczęła uczyć się salsy. Ale gdy poznała taniec brzucha, zawładnął nią całkowicie. Na Tajwanie w 2008 roku zajęła II miejsce w przeglądzie tamtejszych szkół tańca orientalnego. Myśli o założeniu w Polsce własnej szkoły.
Między Ameryka i Azją
Z krajem rozłączył ją stan wojenny. Ale najpierw, gdy w 1980 roku skończyła nauczanie początkowe w naszej Wyższej Szkole Pedagogicznej, zaczęła pracę w Nowym Bystrem k. Zakopanego. - Byłam ofiarą eksperymentu. Przez trzy lata studiów miałam być pedagogiem szkolnym, ale na trzecim roku zdecydowali, że specjalizację likwidują i dadzą nam dyplomy z nauczania początkowego - opowiada. - Praca w Bystrem była wspaniała. Tyle że do najbliższego kina czy klubu trzeba było iść przez Gubałówkę do Zakopanego.
W 1981 roku wyjechała do USA na zaproszenie kolegi. Nie myślała o polityce, choć pustki w sklepach i ogólna sytuacja nie zachęcały do pozostania w Polsce. Miała wrócić po kilku miesiącach, przeszkodził jej stan wojenny. - Na uniwersytecie w Chicago umożliwiono mi podjęcie studiów pedagogicznych, nawet przepisano część zaliczeń z WSP - wspomina. - Tam spotkałam przyszłego męża, Freda Chiu, który zaczął doktorat. Był Amerykaninem chińskiego pochodzenia, więc pracę z antropologii ekonomicznej postanowił robić w Hongkongu. Przenieśliśmy się tam, ja uczyłam dzieci w szkole, mąż po obronieniu doktoratu dostał pracę na uniwersytecie. Żyło się nam tam wspaniale przez 15 lat, z krótkimi przerwami na pobyty w USA.
W Hongkongu Jolanta Skwarczyńska-Chiu długo była jedną z dwóch mieszkających tam Polek. Nie było ambasady, powstała dopiero w latach 90. Z czasem środowisko polonijne stawało się coraz liczniejsze. W ostatnich latach pobytu częstochowianka zaczęła prowadzić szkołę języka i kultury polskiej. Siedzibą była sala przy Notre Dame College przy parafii katolickiej, w której proboszczem był ks. Sławek. Wprowadził m.in. msze św. w języku polskim.
Przed czterema laty Fred Chiu przyjął posadę profesora na Tajwanie. Znowu zmienili więc miejsce zamieszkania.
Do tańca trzeba wagi
Podczas przejściowego pobytu w Chicago Jolanta, namówiona przez przyjaciółkę (też częstochowiankę), poszła na lekcje salsy. Była urzeczona. Wydawało się jej, że odnalazła swoją pasję. - Moja mam była urzędniczką w zakładzie energetycznym, ale jako młoda dziewczyna tańczyła - mówi częstochowianka. - Ojciec pracował jako elektryk, ale z pasji był perkusistą i klarnecistą. Grał w różnych zespołach. Sądzę, że taniec i muzykę miałam zawsze w sobie. Mieszkając w Częstochowie, przyjaźniłam się z muzykami Tie Break - wspomina. - A w Chicago są kluby Blue Note i Cotton Club, odbywa się mnóstwo koncertów plenerowych. Słyszałam na żywo m.in. Milesa Davisa. Tam mogłam dać wyraz swoim zainteresowaniom. Ale wkrótce stwierdziłam, że salsa - choć wspaniała - ma poważnego konkurenta: taniec arabski, nazywany orientalnym lub tańcem zasłon, a w Polsce tańcem brzucha. Poznałam go też w Chicago, ale naprawdę ćwiczyć zaczęłam na Tajwanie. Okazało się, że są tam aż cztery szkoły. Później zorientowałam się, że taniec arabski jest bardzo popularny wśród Azjatek.
Na Tajwanie Jolanta Chiu już nie pracowała zawodowo. Tam - jak tłumaczy - obowiązuje język chiński w odmianie min, której nie zna. - Proszę sobie wyobrazić, że uczestniczę w zajęciach prowadzonych w min i z poleceń instruktorki nic nie rozumiem - mówi Skwierczyńska. - Dopiero potem szukam w internecie wiedzy o funkcjonowaniu mięśni w poszczególnych figurach. Mimo to na ubiegłorocznym przeglądzie szkół zajęłam drugie miejsce. Mam też dyplom pierwszego stopnia wydany przez Suhcila Salimpur School of Belly Dance California - najważniejszy ośrodek tańca brzucha w USA. Mam nadzieję, że wkrótce zdobędę tam uprawnienia instruktorskie.
Częstochowianka wynosi pod niebiosa taniec brzucha. To nie tylko doskonała gimnastyka. Ten rodzaj ruchu jest doskonałym masażem dla narządów wewnętrznych, a seksuolodzy dodają, że pozwala wzmocnić doznania erotyczne. Nie jest to jednak forma rekreacji dla osób bardzo szczupłych - te powinny uprawiać fitness. Jolanta przytacza anegdotę o tym, jak jej chińska nauczycielka pojechała do arabskiego mistrza doskonalić swoją sztukę. Powiedział jej, że jeśli nie przytyje pięć kilo, nie będzie z nią nawet rozmawiał.
Powrót do domu?
Tęskni za Częstochową. - Nasz syn Benedykt ma już 16 lat - mówi Jolanta. - Fred ma swój świat nauki. A mnie coraz bardziej brakuje przyjaciół z młodości, życia towarzyskiego. Mam tu dom, chciałabym więc dzielić życie na Tajwan i Częstochowę.
Jolantę Skwarczyńską-Chiu można było już oglądać w rodzinnym mieście. Wystąpiła m.in. niedawno na benefisie Barbary Rosiek oraz na inauguracji restauracji hinduskiej. - Może uruchomię tutaj szkołę tańca brzucha - zastanawia się.
Jolanta Skwarczyńska-Chiu
Urodziła się w Częstochowie 15 czerwca 1956 r. Skończyła LO im. Świerczewskiego, a później nauczanie początkowe na częstochowskiej WSP. W 1981 r. wyjechała do USA. W Chicago podjęła studia pedagogiczne i poznała obecnego męża Freda Chiu. Razem przez lata mieszkali w Hongkongu, potem od 2004 roku na Tajwanie. Mają 16-letniego syna Benedykta.
Podczas pobytu w USA zaczęła uczyć się salsy. Ale gdy poznała taniec brzucha, zawładnął nią całkowicie. Na Tajwanie w 2008 roku zajęła II miejsce w przeglądzie tamtejszych szkół tańca orientalnego. Myśli o założeniu w Polsce własnej szkoły.
- Dodaj komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
7 głosów




więcej zdjęć