Iwona Barańska. W Częstochowie ludzie się przyjaźnią

Tadeusz Piersiak
2009-08-06 , aktualizacja: 20.08.2009 21:49
A A A Drukuj
Ma dwa domy w USA i pół bliźniaka w Częstochowie. Wraca tu regularnie, bo tu jest świat jej dzieciństwa, tu jeszcze stać ludzi na bezinteresowność.
Iwona Barańska (po mężu Duschynsky)
Fot. Piotr Deska / AG
Iwona Barańska (po mężu Duschynsky)
ZOBACZ TAKŻE
Urodziła się 14 kwietnia 1958 roku. Chodziła do SP nr 1, potem 44. Przez chwilę do LO im. Broniewskiego, aż w końcu - do matury - do Sienkiewicza. Nie dostała się na produkcję filmową na Wydziale Radiowo-Telewizyjnym Uniwersytetu Śląskiego, więc wybrała plastykę na naszym WSP.

- To był wspaniały czas - wspomina. - Kierunek dopiero się formował, więc panowały szczególne, rodzinne relacje. Szczególnie ciepło pamiętam Ryszarda Osadczego. A w gronie kolegów rzucał się w oczy Tomek Sętowski. Podwójnie więc cieszy mnie jego dzisiejsza kariera. I w Stanach Zjednoczonych, i podróżując z mężem po świecie, spotykałam wielu artystów z Polski czy Europy Wschodniej, którzy doskonale sobie radzą. Zawdzięczają to przygotowaniu warsztatowemu wyniesionemu z uczelni.

Polska go zauroczyła

W 1983 roku Iwona Barańska uzyskała dyplom i rozpoczęła pracę. Najpierw w Szkole Podstawowej nr 1, później w "dwójce". Jak wszyscy rówieśnicy, mieszkała z rodzicami w ich mieszkaniu. Jak wszyscy młodzi nauczyciele - zarabiała tyle, żeby wiązać koniec z końcem.

- Praca była bardzo ciekawa, kontakt z młodzieżą czymś fantastycznym - zapewnia. - Ale strona finansowa - nie do przyjęcia. Realia życia w PRL-u - wręcz rozpaczliwe.

Miała znajomych na legendarnym Zachodzie. Pojechała do Kanady jako baby sitter. Chciała zobaczyć ten bajkowy świat.

W Kanadzie poznała - nieżyjącego od ośmiu lat - przyszłego męża Duschynsky'ego. Amerykanin, z ojca Polaka, matki Niemki. Do Polski trafił pierwszy raz po poznaniu przyszłej żony.

- Polska go zauroczyła - mówi Iwona Barańska. - Postanowił kupić tu dom i dzielić życie na dwa kraje. Odtąd każdego roku, choć na krótko, wracam do Częstochowy. Teraz ja utrzymuję kontakt z przyjaciółmi męża, których zaraził miłością do Polski. Właśnie spodziewam się przyjazdu kilkorga z nich. Chcę - jak mąż - żeby obcokrajowcy mieli o Polsce, a Częstochowie w szczególności, najlepsze wyobrażenie. Dlatego m.in. walczę ze spółdzielnią, żeby skosiła trawę w sąsiedztwie i zrobiła trochę porządku.

Były momenty załamania

Jej pierwsze lata na emigracji były bardzo trudne. W Kanadzie spędziła dwa lata na wizie turystycznej (jej warunki nieco naciągnęła). Po ślubie musiała wrócić do Polski, żeby czekać na wizę małżeńską. Spędziła w domu rok - w niepewności. Pamięta to do dziś i do dziś dziwi się, dlaczego Amerykanie tak traktują Polaków ubiegających się o wizę. Później, już w USA, nie mogła pracować jako pedagog, czy artystka, bo nie znała języka.

- Były momenty załamania - przyznaje. - Wtedy zawsze myślałam o Polsce.

Kiedy nauczyła się języka, przez dwa lata uczyła w szkole podstawowej jako asystent nauczyciela (nie musiała, jej mąż był znanym w USA psychologiem, prowadził własną praktykę oraz wykłady w Milwaukee College). Jakiś czas pracowała w galerii sztuki, ale największą przygodą była praca, którą dostała dzięki znajomości języka... rosyjskiego.

Grupa Rosjan z Moskwy robiących znakomite projekty do wnętrz świątyń potrzebowała współpracownika ze znajomością angielskiego i rosyjskiego. - W środowisku amerykańskim ta grupa szybko znalazła duży opór: robili tanio, szybko, bardzo dobre artystycznie rzeczy. Amerykanie są bardzo zazdrośni o artystów z Europy, a szczególnie Wschodniej. U nas jest mniej -izmów, a więcej rzetelnej roboty - mówi Barańska.

Bez niej nie da się żyć

Wyboru drogi życiowej nie żałuje. Mimo wszystkich ograniczeń pobyt w USA dał jej większe możliwości bycia wśród ludzi, poznawania świata. W czasie podróży z mężem natykała się na polskich artystów. Nawet w najbardziej egzotycznych miejscach, choćby na Maui. - Polacy wyruszający w świat starego kapitalizmu nie powinni mieć żadnych kompleksów zawodowych. Czy po wyższej uczelni, czy po zawodówce, radzimy sobie na tamtych rynkach pracy bardzo dobrze. Oczywiście pod warunkiem znajomości języka - mówi Barańska.

Dziś mieszka w dwóch stanach: Wisconsin i Oregonie. Wkrótce jednak przenosi się do Seattle. Wróci tam do malowania. Wcześniej robiła prace wyłącznie dla siebie. Będzie też podróżować.

- Jestem ćwierć wieku poza Polską. Wiem, że bez niej nie da się żyć - dlatego wracam. Brakuje mi Częstochowy, bo to moje korzenie. Cieszy mnie rozwój miasta, choć może inne regiony Polski rozwijają się szybciej. Martwią mnie tylko przemiany, dokonujące się w ludziach - choć w Częstochowie jeszcze ludzie się przyjaźnią, odwiedzają, stać ich na bezinteresowność. W USA relacje między ludźmi organizuje biznes - mówi.

Podziel się

  • 6 komentarzy
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    13 głosów

  • W Częstochowie ludzie się przyjaźnią nutkajski 06.08.09, 22:26

    Nie sadze ,ze ludzi w czestochowie stac na bezinteresownosc.W calym kraju niestac.To tylko marzenia takie, jak moje.To noostalgia i sentyment,to dobreuczucia,potrafia wykreowac dobre »