Wiozłem furmanką warszawiaków

not. Tadeusz Piersiak
2009-08-13 , aktualizacja: 13.08.2009 11:51
A A A Drukuj
Wszystko sobie w głowie poukładałem: młodzi ranni chłopcy i starsi ludzie. Wycieńczeni po długiej podróży. Czyli warszawiacy wysiedleni z powstania. Pewnie chcieli się zarejestrować w urzędzie pracy, żeby zostać w Częstochowie - wspomina lato 1944 roku Stanisław Pydziński
ZOBACZ TAKŻE
Całe swoje życie spędziłem przy ul. Konwaliowej w Kawodrzy, pracowałem w kopalnictwie rud żelaza. A że żyję już 78 lat, pamiętam, kiedy ta dzielnica Częstochowy była podmiejską wioską. W czasie II wojny niemal za płotem rodziców kończyła się Generalna Gubernia, a przed Dźbowem zaczynał się Reich. Wieś związana była mocno z pobliską Częstochową, do której wjeżdżało się od strony Stradomia ul. Kościelną.

Było lato 1944 roku, dorośli mówili o trwającym w Warszawie powstaniu. Miałem 13 lat, dostatecznie dużo, żeby powozić furmanką. Wysłano mnie więc do cegielni Helmana, gdzie Niemcy wydawali robotnikom deputat węglowy. Pojechałem ul. Kościelną, tuż obok rampy stacji stradomskiej. Przejeżdżając zauważyłem pociąg z wagonami bydlęcymi. Wokół pełno ludzi, głównie starych, dość dobrze ubranych, ale wycieńczonych. Byli też młodzi, ale każdy miał jakieś rany. Mężczyzn w średnim wieku w ogóle nie było widać.

Kilku usiłowało zatrzymać moją jadącą furmankę. Jeden - może osiemnastoletni chłopak - nie miał nogi do kolana. Drugi - bez ręki. Chcieli, żebym ich zabrał do Arbeitsamtu, ale ten był przecież na ul. Jasnogórskiej. Gdzie to od Helmana?! Zresztą jechałem przecież po węgiel. Co by rodzice powiedzieli? Nawet z tymi ludźmi nie gadałem. Ale zanim się obejrzałem, już miałem cały wóz ludzi. Co miałem robić? Zawiozłem ich na Jasnogórską. Podczas jazdy też z nimi nie gadałem. Co zresztą - łebol trzynastoletni - miałem mówić?

Ale wszystko sobie w głowie poukładałem: młodzi ranni chłopcy i starsi ludzie. Wycieńczeni po długiej podróży. Czyli warszawiacy wysiedleni z powstania. Domyślałem się, że wszyscy chcieli się zarejestrować w urzędzie pracy, żeby pozostać w Częstochowie.

Zapamiętałem szczególnie jedną kobietę: choć lato - w palcie obszytym futrem przy kołnierzu i mankietach. Była z matką, której ona i inne osoby pomagały zejść z wozu przed Arbeitsamtem. Potem widywałem ją często w kościele na Stradomiu. Zimą chodziła w tym samym palcie. Nigdy z nią nie rozmawiałem. Aż kiedyś, z dziesięć lat temu, spotkałem ją na cmentarzu na Stradomiu. Spytałem, czy mnie pamięta? Przyznała, że nie, ale potem okazało się, że jednak pamięta, jak jakiś chłopiec wiózł ją furmanką na ul. Jasnogórską. Niestety, kobieta już nie żyje, a mogłaby pewnie coś nam opowiedzieć o ludziach, którzy pozostali na rampie przy dworcu na Stradomiu. Podejrzewam, że starzy ludzie, których z Warszawy wieziono w bydlęcych wagonach bez jedzenia i picia, umierali w drodze. Umierali też ranni. Może to do nich należą bezimienne groby odkryte tej wiosny przy torach?

Podziel się

  • Dodaj komentarz
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    4 głosy