Pociąg stawał, a my uciekaliśmy przed kulami

Dorota Steinhagen
2009-09-16 , aktualizacja: 16.09.2009 19:51
A A A Drukuj
- To przecież musi się znaleźć w Encyklopedii Częstochowy! - uznał historyk Juliusz Sętowski, gdy "Gazeta" zaczęła wypytywać o tzw. pociąg ewakuacyjny
Kapitan Stanisław Ostaszewski, zawodowy oficer 27. pp
Fot. Repr. Grzegorz Skowronek / AG
Kapitan Stanisław Ostaszewski, zawodowy oficer 27. pp
Encyklopedia Częstochowy ma być gotowa na koniec przyszłego roku. W pisanie haseł do niej już jest zaangażowanych 160 osób. Centrum dowodzenia tym gigantycznym przedsięwzięciem znajduje się w Ośrodku Dokumentacji Dziejów Częstochowy, to w jego siedzibie jest kartoteka z informacjami o najważniejszych dla miasta wydarzeniach i ludziach. Teczki zatytułowanej "pociąg ewakuacyjny" na razie nie ma.

W lecie 1939 roku, gdy wojna z Niemcami była coraz realniejsza, w Częstochowie zapadła decyzja, że rodziny oficerów i podoficerów 27. pułku piechoty i 7. pułku artylerii lekkiej zostaną ewakuowane w głąb Polski. Miały tam być bezpieczne z dala od niemieckiej granicy, która przebiegała kilkanaście kilometrów od miasta. W Kowlu, powiatowym mieście w województwie wołyńskim, czekały na nie przygotowane kwatery.

- Tata, zawodowy oficer 27. pp (kapitan Stanisław Ostaszewski), od dawna był zaangażowany w przygotowania do wojny - wspomina półtoraroczna wówczas Agata Ostaszewska. - My - mama, babcia ze strony mamy i trójka dzieci - spędzaliśmy wakacje w Koniecpolu. Specjalny pociąg do Kowla z Częstochowy wyruszył 31 sierpnia. Zatrzymał się w Koniecpolu, żebyśmy mogli do niego wsiąść.

Brat pani Agaty, Radek miał wtedy osiem lat i to on zapamiętał kryte brezentem wagony. I mijany po drodze transport broni.

Mama opowiadała, że do Radomia jechali bezpiecznie, ale potem - pod nieustannym odstrzałem Niemców. Co rusz pociąg się zatrzymywał i wszyscy z niego uciekali, żeby się schować przed kulami.

Tym samym transportem do Kowla jechała z siostrą i ciężarną mamą Irena Rydzewska, córka sierżanta Henryka Popędy. Miała cztery lata. - Pamiętam właściwie tylko płacz kobiet i dzieci - mówi.

- Jechaliśmy podobno trzy dni - opowiada Ostaszewska. - Przydzielono nam pokój, a może pokoje, w drewnianej willi naprzeciw bóżnicy.

Każdy zajął się tym, co do niego należało. Mama Ostaszewskiej, w 1920 roku kurierka Piłsudskiego - pomocą dla częstochowskich rodzin. W domowym archiwum zachowało się zaświadczenie, że 17 września za 200 zł dla wszystkich kupiła nafty. Dobrze ponad pół tony, bo 100 kg nafty kosztowało 36,30 zł.

Tego samego dnia okazało się, że Kowel wcale nie jest bezpieczniejszy od Częstochowy, bo Sowieci przekroczyli wschodnią granicę.

- Nie wiem, czy to było 17, 18 września, czy może jeszcze później, ale pamiętam nalot na Kowel - wspomina Rydzewska. - Jeszcze mam przed oczami moją mamę z całych sił trzymającą drzwi, żeby ich nie wyrwało.

Mieszkańcy willi naprzeciw bóżnicy nalot mieli przeczekać w schronie-komórce w głębi podwórza. Strop się jednak zarwał i rodzina Ostaszewskich z niej uciekła. Noc była jasna od wybuchających bomb.

Po wejściu Sowietów wszyscy zaczęli szukać możliwości powrotu do domu. - Mama jakoś zorganizowała konny wóz i cywilne ubranie dla pana Franciszka, sierżanta, który miał nas wieźć - opowiada Ostaszewska. - Mówiła po rosyjsku, bo przecież chodziła do carskiej szkoły. Na pytanie: kto wy? zawsze odpowiadała: nauczycielka. Całe szczęście - Sowieci mieli poważanie dla tego zawodu. W Brześciu jakieś panie przyznały się, że są oficerskimi żonami i trafiły do Kazachstanu.

Także po rosyjsku mamie Ostaszewskiej czasem udawało się wyżebrać coś do jedzenia. Ale nie zawsze. Nocowali w najróżniejszych miejscach, rzadko czystych. Agata Ostaszewska do dziś ma na nogach blizny po ugryzieniach wszy podczas takich noclegów.

- Któregoś dnia natknęliśmy się na sowiecki patrol - opowiada Ostaszewska. Znowu było: kto wy? Mama wytłumaczyła i zapytała, którędy do Polski. Powiedzieli, że w lewo. Pan Franciszek - gdy miał pewność, że nie patrzą - podciął konie i ruszył w prawo. Jechaliśmy jakimś wzgórzem, a w dole mama widziała niemieckich i sowieckich żołnierzy. Trafilibyśmy właśnie w tę dolinę, gdyby nie pan Franciszek.

- Po nas jakoś przedostał się krewny - wspomina Rydzewska. - Część drogi na pewno pokonywaliśmy pieszo. My z siostrą uczepione maminej spódnicy, ona - z braciszkiem, który urodził się w Kowlu, na rękach. Podczas jakiejś przeprawy przez rzekę wpadła z nim do wody. Braciszek dostał zapalenia płuc i umarł po drodze.

Przez całą jesień żony i dzieci częstochowskich żołnierzy wracały do domów. Te, którym wrócić było dane. Czekała na nie okrutna okupacyjna codzienność. I nadzieja, że doczekają wolności.

Spośród oficerów, którzy z Częstochowy wyruszyli na wojnę 1939 roku ponad 50 zginęło pomordowanych przez Sowietów w Katyniu i Charkowie.



Podziel się

  • Dodaj komentarz
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    11 głosów