Five O'Clock Orchestra: Nie patrzcie na metrykę

Tadeusz Piersiak
2009-10-01 , aktualizacja: 01.10.2009 21:26
A A A Drukuj
Siedzieli w kawiarni nad herbatą w torebkach, na których był napis "Five o'clock" i rysunek zegara. Spojrzeli na metkę i uznali: to doskonała nazwa dla zespołu jazzu tradycyjnego.
W latach 60. i 70. w Częstochowie kwitła kultura studencka. Działały kluby, grały zespoły, były bardziej i mniej udane próby teatralne i kabaretowe. W klimaty artystycznej zabawy świetnie wpisał się zespół Five O'Clock (na zdjęciu z prawej Tadeusz Ehrhardt-Orgielewski)
Fot. Repr. Grzegorz Skowronek / AG
W latach 60. i 70. w Częstochowie kwitła kultura studencka. Działały kluby, grały zespoły, były bardziej i mniej udane próby teatralne i kabaretowe. W klimaty artystycznej zabawy świetnie wpisał się zespół Five O'Clock (na zdjęciu z prawej Tadeusz Ehrhardt-Orgielewski)
To było 40 lat temu. W 1969 roku zespół Five O'Clock stworzyli ówcześni studenci Politechniki Częstochowskiej z liderem Tadeuszem Ehrhardtem-Orgielewskim na czele. Nic dziwnego, że świętując w tym roku okrągłą rocznicę powstania muzycy wystąpili podczas obchodów 60-lecia politechniki. Zagrali także jubileuszowe koncerty m.in. w Złotym Potoku na tamtejszym festiwalu jazzowym i w Iławie, gdzie odebrali wyjątkowy prezent: Honorową Złotą Tarkę.

Choć minęło tyle lat pasję do tworzenia muzyki mają taką samą jak na początku. A może i większą, bo dziś zespół przeżywa drugą młodość.

Pierwsza skończyła się, kiedy Orgielewski wyemigrował za granicę w połowie lat 70. Trafił do Niemiec, gdzie mieszka i pracuje do dziś. Dopiero w latach 90. zaczął odwiedzać rodzinne miasto. Wrócił także do muzyki, skrzyknął kolegów. Reaktywowany zespół Five O'Clock zagrał we wrześniu 1999 roku na 50-leciu Politechniki Częstochowskiej. Tak zaczęło się dziesięciolecie, które jazzmanom z Częstochowy przyniosło trzy Złote Tarki, kilkadziesiąt koncertów i trzy płyty życzliwie przyjęte przez krytykę i publiczność. Za ich sprawą powstał częstochowski festiwal Hot Jazz Spring, a nasze miasto rozsmakowało się w jazzie tradycyjnym.

- 24 września 1999 roku to moje drugie narodziny. Po 22 latach stanąłem na scenie - wspomina dziś Ehrhardt-Orgielewski.

Nazwa z torebki herbaty

Nigdy nie prowadził notatek, więc nie wie, którego dokładnie dnia wypadł debiut 40 lat temu. Wszystko - jak mówi - musi liczyć dziś na palcach. A więc: studia techniczne zaczął w 1966 roku, ale był studentem solidnym, który nie leciał na łeb na szyję z semestru na semestr. - Materiał musiał mi się uleżeć - śmieje się Orgielewski. - Pierwszy rok powtórzyłem, drugi też, utrwalając wiadomości, trzeci rok również. Cały czas grałem i próbowałem różnych składów.

Najpierw był zespół "Teges". - Nazwa wzięła się z tego, że kiedy się zastanawiałem, zamiast "panie dzieju" czy czegoś takiego, mówiłem "teges" - tłumaczy muzyk. - Grali ze mną Wojtek Frej na perkusji, nieżyjący już Bogdan Belof, Juliusz Wzorzec Niewiarowski. Potem doszli klarnecista Bogdan Wróbel i puzonista Andrzej Koronka. W końcu za bębnami zasiadł Andrzej Wardęga. Wreszcie stanęliśmy na scenie studenckiego klubu "Filutek". Był początek września 1969 roku, jeszcze przed rozpoczęciem roku akademickiego. Oficjalnie zadebiutowaliśmy w październiku.

Skąd nazwa? - Siedzieliśmy w kawiarni i zastanawialiśmy się: zespół jest, ale nie ma nazwy - wspomina Orgielewski. - A w "Społem" podawali wtedy herbatę o wdzięcznej nazwie Five o'clock. Spojrzeliśmy na metkę i uznaliśmy: to doskonała nazwa dla zespołu jazzu tradycyjnego. I tak zostało. Dopiero parę lat temu zmieniłem nazwę na Five O'Clock Orchestra. W internecie znalazłem informację o amerykańskich zespołach Five O'Clock Belz, Five O'Clock Shadow, a w Paryżu poznałem osobiście Five O'Clock Jazz Band. Trzeba było coś zrobić, żebyśmy się różnili.

Ofiara polskiej trąbki

W 1969 roku modny był modern jazz. Ale Orgielewski był fanatykiem tradycji. Ma nawet w domu egzemplarze "Jazzu" czy "Jazz Forum", w których występował jako obrońca i propagator tego nurtu. To były także lata popularności The Beatles, więc i jemu zdarzało się pogrywać big beat w różnych częstochowskich składach. Ale jazz tradycyjny był tą muzyką, która go pochłaniała i do poważnego grania szukał partnerów o podobnych gustach. Takie miał Bogdan Wróbel, który był przesiąknięty jazzem tradycyjnym, bo znał go od młodości.

- Ale np. Andrzej Koronka zetknął się z tym nurtem przeze mnie - mówi lider Five O'Clock. - Zarzuciłem go płytami i po kilku miesiącach zupełnie poprawnie grał. On przede wszystkim bardzo chciał. Mieszkał przy ul. Śląskiej. Pewnego dnia wchodzę w bramę jego domu i słyszę z daleka, że leci muzyka Wild Billa Davidsona. A Koronka czyści sobie buty i słucha. "Proszę jaki pracowity!" pomyślałem. To był wielki talent.

Kornecista Davidson był idolem Orgielewskiego. Ale kornetów w Polsce nie można było dostać. Grał więc na tym, co znalazł. Tak padł ofiarą polskiej trąbki jazzowej "b", na której grał z tak wielkim zapałem, że bolała go głowa. - Kto wie, czy nie musiałbym rzucić grania, gdyby nie przypadek - mówi dziś lider zespołu. - Całe szczęście, że któregoś razu mój sąsiad Romek Długosz pożyczył ją ode mnie. Przyniósł na drugi dzień i mówi: "Rany boskie, czy ona jest zaspawana? Jak ty możesz na niej grać, ja nie dałem rady". Wtedy Koronka przywiózł mi z Bydgoszczy starą trąbkę Bakera. I nagle odżyłem, a już miałem 21 czy 22 lata. Bo miałem kompleks Clifforda Browna. Genialny muzyk zginął w wypadku samochodowym mając 25 lat. Ciągle zadawałem sobie pytanie: mam już tyle lat i co osiągnąłem? Dziś wiem jaka to była bzdura. Mój przyjaciel i mentor, wybitny jazzman Henryk Majewski zaczął w wieku 24 lat. Podobnie jak ja był samoukiem. Nie przyjęli go do szkoły muzycznej, bo za stary! A ja tak naprawdę zacząłem grać na nowo mając 50 lat. Wtedy jednak już wiedziałem, że nie wolno w sztuce patrzeć na metrykę.

Problemem było banjo

W latach 60. i 70. Politechnika Częstochowska była ostoją młodej kultury. Działały kluby z "Filutkiem" na czele, grały zespoły różnych nurtów ze sławnymi "Filutami" na czele. Były bardziej i mniej udane próby teatralne i kabaretowe. Działał Dyskusyjny Klub Filmowy, studenckie radio "Pryzmaty".

- Na każdych juwenaliach otwieraliśmy jazz klub - wspomina Orgielewski. - Five O'Clock grywał też koncerty w okolicznych miastach. Szykowaliśmy się na Jazz nad Odrą. Ale ja skończyłem wreszcie studia i zostałem inżynierem, próby zrobiły się coraz rzadsze. Tak naprawdę najintensywniejszy okres Five O'Clocku przypadł dopiero na ostatnie dziesięciolecie - przyznaje lider. - A z chwilą dojścia do zespołu Wojciesława Kamińskiego staliśmy się zespołem profesjonalnym. On wszystko słyszy, wytknie każdą niedoskonałość. I bardzo dobrze.

W latach 70. z utrzymaniem zespołu było sporo kłopotów. Zawsze problemem było obsadzenie banjo.

- Najpierw był Belof. Jakiś czas grał też Andrzej Nowicki, potem Maniek Gorzecki. Stefek Więcławski, czy niejaki Czartyński, którego imienia już nie pamiętam - wylicza Orgielewski. - To były czasy big beatu, na takich instrumentach nikt nie grywał. A puzonista? Koronka był na wagę złota. Bogdan Wróbel grał na klarnecie ze strojem niemieckim, choć normalnie klarneciści grają na francuskim. Żeby Bogdan miał na czym grać, jeździłem do częstochowskich koszar i wypożyczałem klarnet, przy czym musiałem każdorazowo podpisywać rewers. To była trochę partyzantka, wielka improwizacja. Dlatego ten pierwszy okres lat 70. był tak bogaty w zdarzenia, ale wielkich ogólnopolskich sukcesów nie odnosiliśmy.

Suita na emeryturze

Dziś Five O'Clock Orchestra to jeden z najlepszych w Polsce składów nurtu tradycyjnego. W składzie są: Tadeusz Ehrhard-Orgielewski (kornet), Wojciesław Kamiński (fortepian), Eugeniusz "Kerry" Marszałek (kontrabas), Jakub Moroń (puzon), Andrzej Nowicki (banjo), Janusz Sołtysik (saksofon), Andrzej Wardęga (perkusja). Zapraszają do współpracy coraz lepszych muzyków i wokalistów (np. ostatnio Lorę Szafran). Snują wspólne plany. Na przykład z Januszem Szromem, by podczas festiwalu Swinging Jura w Olsztynie poprowadził warsztaty jazzowe.

- Od września 2010 roku będę miał dużo wolnego czasu, bo idę w Niemczech na emeryturę - mówi kornecista. - Omawialiśmy z dyrektorem artystycznym filharmonii Jerzym Salwarowskim pomysł grania naszej "Suity nowoorleańskiej" w salach koncertowych w Polsce. Poza tym pytają mnie: "Tak niby kochasz Częstochowę, a obiecanej "Suity częstochowskiej" nie piszesz?" Kiedy już będę na emeryturze, zacznę więcej pisać i obiecuję, że ta suita to nie są puste słowa. Będzie to oczywiście utwór swingujący, bo przecież jestem jazzmanem.

Podziel się

  • Dodaj komentarz
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    7 głosów