Przy Alei 13 zostawiliśmy po sobie skarby

Joanna Skiba
22.02.2011 , aktualizacja: 22.02.2011 12:10
A A A Drukuj
Ten, kto wejdzie na nasze miejsce w kamienicy przy Alei 13, będzie bogaty. To nasza druga przeprowadzka. Pierwsza była 14 lat temu - z ul. Dekabrystów w Aleje. Teraz przenieśliśmy się do budynku Jantar przy Racławickiej. Mimo starannie obmyślonej logistyki, mnóstwo rzeczy zostawiliśmy po sobie
55 gniazdek w ścianach.

Wszystkie po komputerach. Przez 14 lat dziennikarze w redakcji przy Al. NMP 13 (wejście od ul. Piłsudskiego) napisali 60 480 tekstów - mniejszych i większych. Zużyli do tego 32 komputery, tyleż klawiatur i myszek (ale tylko 16 gniazdek należy do nich, reszta do działu graficznego, biura ogłoszeń, działu reklamy i zaplecza administracyjnego).

57 gniazdek po telefonach.

W tym 19 redakcyjnych. Spędzone w Alejach lata zaowocowały 40 320 telefonami od Czytelników do dyżurnych "Gazety". Tylko siedem z nich dotyczyło UFO latającego nad miastem; dwa takie niezidentyfikowane obiekty udało się zidentyfikować - jeden jako reflektor szperacz uruchomiony na czas jakiejś imprezy pod hotelem Patria (wtedy jeszcze szperacze nie cięły nieba nad Częstochową co weekend), a jeden jako ptaka frunącego nad kościołem św. Józefa na Rakowie. Generalnie jednak dzwoniący Czytelnicy oczekiwali natychmiastowej interwencji, np. "Mam przed domem nieodśnieżony chodnik, zróbcie coś z tym". Jeden z kolegów zwykł wtedy odpowiadać: "Biorę łopatę i już jadę". Ale nie jechał, bo nie miał czasu: kolejny telefon wzywał go np. do naprawiania latarni ulicznej, która świeci tylko przez trzy dni w tygodniu, przez resztę tygodnia bimbając beztrosko na obowiązki.

Wszyscy dziennikarze wykonali przez 14 lat pracy 189 tys. telefonów.

217 zużytych długopisów.

Nie mamy siły ich wyrzucić. Każdy wypisany długopis, mazak, pisak, względnie złamany ogryzek ołówka był przez dziennikarzy przechowywany - a to w szufladzie, a to na biurku Pożytek był z niego żaden, ale zawsze istniała nadzieja, że kiedyś się przyda. W końcu jeden z kolegów uczynił racjonalizację: wieczko pudła po papierze do drukarki opatrzył hasłem: "Tu wrzucaj niepisaki" i całość ustawił w zacisznym kącie redakcji. Na początek powędrowały tam skarby piśmienne z jego własnej szuflady. Rychło zbiór cieszył oczy mnogością kształtów i kolorów. A jak ktoś akurat nie miał nic do roboty, mógł nim pogrzechotać dla rozrywki. Mur dziennikarzy zasłonił pudełko przed ekipą sprzątającą, która w obliczu przeprowadzki opróżniała redakcję z wszystkiego, co niepotrzebne. Ekipa osiągnęła tylko jedno: administracyjnie zabroniono nam zabrać pudło do nowej siedziby.

Nasz następco, kimkolwiek będziesz: powierzamy Ci pudło z niepisakami. Stoi na oknie. Nie wyrzucaj go, prosimy. Jego zawartość jeszcze może się przydać.

115 g kawy mielonej.

Nie możemy jej zabrać, bo wpadła za lodówkę. Lodówka jest wbudowana w szafki kuchenne i akurat nad nią stoi na blacie ekspres do kawy. To już czwarty w naszej historii, jego poprzednicy nie wytrzymali intensywności użytkowania. Samym tylko dziennikarzom (a nie tylko oni pracują w gazecie) przez minione 14 lat potrzeba było do życia 72 tys. kubków, czyli 18 tys. litrów kawy. Wsypali do niej 720 kg cukru. Co nie znaczy, że tyle go spożyli razem z zawartym w kubku płynem. Do legendy przeszła taka oto wymiana zdań między dziennikarką w kuchni a grafikiem w news roomie:

- Ile łyżeczek cukru chcesz?

- Sześć. Ale nie mieszaj, bo nie lubię słodkiego.

72 kubeczki i 116 łyżeczek.

Znikały regularnie każdego roku, choć na pewno nie zostały stłuczone: sprzątaczka pani Krysia jest osobą absolutnie nietłukącą. Co roku na Boże Narodzenie kierownictwo redakcji sprawiało pracownikom po komplecie - kubek i łyżeczka. Zestaw ten był ceniony, bo i elegancki, i praktyczny. Ledwie jednak otrzepaliśmy z włosów brokaty Sylwestra, zaczynało się tajemnicze, stopniowe acz nieuchronne znikanie kubków wraz z łyżeczkami. Ich liczba w szafkach kuchennych, topniejąca wraz z upływającym czasem, wskazywała niemylnie, jaką mamy porę roku. Pierwsze luzy na półkach dawały sygnał do obchodów Wielkiej Nocy, zauważalne braki - że czas myśleć o wakacjach, poważne niedobory - że jesień tuż, zdecydowane pustki - że pora szykować kolejny upominek. Gdyby znikały bezpowrotnie, sprawa byłaby jasna: pracownicy brali prezenty do domu. Po pierwsze jednak nie brali, w czymś bowiem trzeba parzyć kawę, spożywaną przez dziennikarzy w ilościach przemysłowych. Po drugie, kubki, które już uznano za stracone, np. te z fajansu polewanego czarno, pojawiały się nagle w kuchni, znikały natomiast drugie (białe z kwiatkiem) lub trzecie (czerwone z napisem). Podobnym manewrom ulegały łyżeczki; obecnie jesteśmy w fazie przyboru. W zamian zaczął się tajemniczy exodus widelców

7 szklanych pucharków.

Takich, w jakich kawiarnie podają galaretkę ze śmietaną albo lody. Musimy je zostawić, bo nie należą do nas. Kamienica przy Al. NMP 13 jest ich zagadkowym źródłem: pucharki biorą się nie wiadomo skąd i nie znikają. Pierwszy ich wysyp - początkowo nieznaczny - nastąpił kilka lat temu. Do dzisiaj doczekaliśmy się całej półki szklanych naczyń niewiadomego pochodzenia. Dziennikarze zorientowani w historii miasta twierdzą, że to materializują się pozostałości po działającym tu przed laty lokalu gastronomicznym. Inne pozostałości ujawniały się na początku naszego pobytu pod "trzynastką": wtaczały się do biura ogłoszeń na parterze, chuchem odmrażając szyby, opierały łokcie na ladzie i balansując wprawnie na rozchwianych nogach chrypiały: - Pani kierowniszszko, jeden bigosik, tylko gorąsy pani mi da

1 piłeczkę

Jaskrawozieloną, kolczastą, w niebieskie i różowe kropki. Szukaliśmy jej pod biurkami i szafkami, wykładzinę obmacano komisyjnie, ale piłka przepadła. Była ukochaną zabawką kotka, który wizytował redakcję drogą przez dach i balkon. Latem, gdy okna były otwarte dla ochłody, odwiedzał dziennikarzy. Był grzeczny, dostał więc piłeczkę w prezencie. Trzeba było - stojąc w jednym końcu news roomu - turlać mu ją po ziemi, a kotek na łeb na szyję leciał za nią. Potem brał w zęby, aportował i zaczynało się zabawę od nowa. Kiedyś piłka zrobiła hyc między szafy i zniknęła. Już nigdy potem żadna inna nie nadawała się do noszenia w zębach.

100 margerytek

Kupione w kiosku ze sztucznymi roślinami na giełdzie kwiatowej robiły za wielkanocną ozdobę pięciu parterowych okien naszego biura ogłoszeń. Zasiało się w skrzynkach żyto, to pięknie w okolicach Wielkiego Tygodnia wybujało, powtykało się w jego świeżą zieleń biało-żółte margerytki i wstawiło do okien. Całość wyglądała uroczo. Po Wielkanocy kwiatki zostały starannie złożone w pudełku i ulokowane w ciemni zamienionej na lamus, gdy fotografowie "Gazety" przeszli na aparaty cyfrowe i już nie wywoływali sami zdjęć. Do końca roku dostawiało się tam kolejne pudełka - a to ze starymi fakturami, a to z choinką Następnej Wielkanocy już się margerytki nie odnalazły. Przetrząśnięte pudła ujawniały rozmaitą zawartość, ale kwiatków nie.

1 dylatację Skotnego

To miejsce w news roomie na piętrze wyznaczone przez lekkie zaklęśnięcie w podłodze i nieznaczne wybrzuszenie tuż za nim. Inżynier Jerzy Skotny, który 14 lat temu służył nam pomocą w remoncie budynku przy Al. NMP 13, takiego określenia używał w stosunku do wyżej wymienionych zaklęśnięcia i wybrzuszenia. I dlatego zostały nazwane ku jego czci. Przez jakiś czas służyły kolegom grafikom - ludziom młodym i sprawnym fizycznie - jako próg do uprawiania skoków w dal.

1 podsłuch

Nie wiadomo, gdzie i przez kogo założony. Ale przynajmniej jeden dziennikarz w istnienie takowego święcie wierzy i od wiary tej nie odstąpi. Obecnością urządzeń podsłuchowych, wpływających dysfunkcyjnie na inne urządzenia elektroniczne, tłumaczy: raz - narowistość swojego komputera, regularnie zjadającego mu gotowe artykuły, dwa - kiepski dźwięk w słuchawce telefonu.

1 muchę

Latem tego roku usiłowała się dostać do toalety damskiej. Nie ustalono, czy chciała z niej skorzystać, czy też miała w planach zbrukanie ściany jakimś nieprzyzwoitym napisem. Dość, że się nie wyrobiła i została niechcący przygnieciona drzwiami. Do dzisiaj wisi przyklejona do futryny na wysokości 1,72 m - jako ostrzeżenie dla innych much zbyt powolnych na dzisiejsze nerwowe czasy.

1 ducha

Był dobrem zastanym przez nas, gdy 14 lat temu zajęliśmy kamienicę nr 13 w Alejach. Dziennikarze co prawda nigdy nie potwierdzili jego obecności (choć próbowali), ale kilku ochroniarzy uderzając się z łomotem w uzbrojoną pierś twierdziło, że wieczorem w opustoszałej już redakcji słychać śmiech. Jest to również duch bardzo czuły na punkcie higieny: miał uruchamiać elektryczne suszarki do rąk, czyli wcześniej zapewne te ręce umył. Stąd też wypływa wniosek, że zjawa ma kształt humanoidalny, nie jest plamą ektoplazmy.

Podziel się

  • Dodaj komentarz
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy