Gdzie to zmieścić? Rozdać? Szkoda wyrzucić!
22.02.2011
, aktualizacja: 22.02.2011 15:42
- Opowiedzcie nam o swoich przeprowadzkach - poprosiliśmy Czytelników na początku grudnia. Pretekstem była nasza własna zmiana adresu: z Al. NMP 13 na Racławicką 6a
Już wtedy przeczuwaliśmy, że przeprowadzka po 15 latach funkcjonowania w dawnym miejscu będzie dla nas wyzwaniem. Dlatego zaapelowaliśmy o wsparcie. Nie zawiedliśmy się. Podzieliliście się Państwo swoimi wspomnieniami, refleksjami, radami. Za wszystkie wypowiedzi dziękujemy. Dziś przedstawiamy dwie z nich. Historię Katarzyny Kowalczyk "Zamek wziął się i urwał, skubany" wydrukowaliśmy w Gazecie 10 grudnia.
Oto opowieść Sabiny Chróstowskiej.
O starym domu, Tygrysie i świętym Florianie
Po trwającej 15 lat wojennej i powojennej tułaczce mamy wreszcie własny dom. Jest rok 1951, nas pięcioro (niebawem sześcioro), w tym troje (niebawem czworo) dzieci. Cieszymy się z wysiłków ojca i matki, którzy własnymi rękami zbudowali 80-metrowy domek otoczony ogrodem. Przez dziesięciolecia trwa rozbudowa posesji, powstaje szopa, kurnik, w mieszkaniu centralne ogrzewanie, a w piwnicy prowizoryczna pralka. Jest też łazienka, to nic, że z zimną wodą, bojler zainstaluje się później, bo to tyle wydatków, a ojciec jeden pracuje na sześcioosobową rodzinę.
Przez ponad pół wieku przemieszkały tu trzy pokolenia. Ale nic nie trwa wiecznie. Zmieniają się czasy, ludzie, jedni odchodzą, inni przychodzą... Po 55 latach dom musimy opuścić. Zlikwidować całe gospodarstwo i przenieść się nieco dalej, do mniejszego pomieszczenia. Przed nami ciężkie zadanie: jak zmieścić w 64 metrach wszelkie dobra gromadzone przez dziesięciolecia?
Zaczynamy od wielomiesięcznych przemyśleń, jakby niczego się nie pozbywać? Co zabrać? Co zostawić? Niestety, ściany nie są gumowe, nie rozciągną się. Z wielu przedmiotów musimy zrezygnować, dać niektóre na przechowanie lub rozdać sąsiadom.
Zaczynamy od strychu i piwnicy. Ileż tu przeszłości! Ojcowe skrzynie, szuflady pełne gwoździ, piły, deski, heble. Wisi jeszcze tatowe ciężkie futro i baranica. Mamine szafy pełne bielizny, firanek, zasłon, maszyna Singer pamiętająca czasy okupacji, na której szyła nam sukienki. Gdziekolwiek zahaczyć, pełno pamiątek: lustra, kanapa po babci, 13 lalek Barbie Haneczki, moja algierska tunika, prezent od Zairy, fujarka z Zakopanego przywieziona pół wieku temu, maszyna do pisania z czasów Gomułki, cylinder na głowę, gdy w "Słowackim" grałam mędrca.
Podobnie w piwnicy. Jakieś resztki żelaznych maszyn, zwoje sznurów elektrycznych, stare telefony, części do pralki z lat 60., maska przeciwgazowa przywieziona z Wiednia, słoiki, butelki, bańka do bleka, rozlatująca się balia. Wiele wspomnień budzi biały kredens, pamiętający czasy przedwojenne, corocznie odmalowywany przez mamę, ozdabiany ręcznie robionymi szydełkiem zazdrostkami. Odzież, pościel, mnóstwo obrazków, cała biblioteczka, na którą wydawałam pół pensji w czasach PRL-u. Gdzie to zmieścić? Rozdać? Szkoda wyrzucić!
Siostra zamawia platformę. Będzie stać na podwórku przez kilka dni, wrzucimy tam wszystko, co do wywózki na śmietnisko. Wrzucamy, jeszcze raz przeglądamy, wyciągamy, medytujemy raz jeszcze, co z tym lub tamtym zrobić. Komu co dać? Głowa puchnie.
Zabieramy się do segregowania rzeczy najważniejszych, robimy paczki, opisujemy, dzielimy wszystko na trzy grupy. Bardzo ważne dokumenty osobiste i rodzinne trzeba zabezpieczyć specjalnie i osobiście nadzorować przewóz. Potem idą te mniej ważne, ale nadal potrzebne. Po nich sterty potrzebnej odzieży (osobno letnia, osobno zimowa). Wszystko opisujemy i numerujemy. Ważne są wszelkie pamiątki po rodzicach, znajdujemy całą dokumentację ojca z lat wojny, jego starania zbowidowskie, akta działki, na której siedzimy. Łączymy rozproszone fotografie babć, dziadków, wujków, cioć, kuzynów, opisuję każde z nich i wpisuję orientacyjną datę powstania.
Siostra zdejmuje krzyż, który wisiał przez 56 lat i ślubny portret rodziców. To zawiśnie w następnym mieszkaniu.
***
Mądry mieszaniec zwany Tygrysem żyje z nami od urodzenia, czyli od siedmiu lat. Gania z psią gorliwością za nami, a to na strych, a to do piwnicy. Niebawem jednak zaczyna się w sytuacji orientować. Coś nie tak, za dużo tu obcych ludzi. Psisko markotnieje, patrzy w oczy jakby chciało zapytać: A co ze mną? - Tygrysku, nie martw się, przyjacielu. Mamy dla ciebie siedlisko. Będziesz miał swoją kolorową budę, nie opuścimy cię, ale zrozum - musisz zamieszkać gdzie indziej. Będziemy cię często odwiedzać, przynosić kości, będziemy ganiać po polach, czesać twoją czarną sierść.
Już uzgodnione z gospodarzami, już tam Adam zawiózł psią budę. Cieszymy się, że psina będzie na wsi, tak lubił ganiać za wronami po łąkach. A tu klops! Niemal hiobowa wieść: Psa nie przyjmiemy, bo... I tu litania, jakie to sprawiałby kłopoty.
Jesteśmy z siostrą załamane. No cóż, trzeba to inaczej zorganizować. Psisko dobrze rozumie, o czym mówimy. Kładzie się obok mnie na tapczanie, liże rękę, twarz, patrzy smutno w oczy...
Opuszczamy dom. Z Tygrysem. Nie obywa się bez wzruszeń. Przychodzą nowi właściciele, siostra zdaje im klucze, wręcza małego słonika na szczęście, życzymy pomyślności.
***
Jest tu na szczęście obszerna piwnica. To dodatkowe 16 metrów, a więc miejsce na szafę, stół, zapasowe krzesła i wszelakie worki do rozpatrzenia".
Tygrys jest z nami. Jakże ślizgają mu się łapki po posadzce, jak niesprawnie wchodzi po schodach. Coś stuka z góry, coś z boku, coś burczy w łazience - nieznane mu odgłosy. Najgorszy jest jednak stolarz z piwnicy w przeciwnym bloku. Coś piłuje godzinami, maszyna huczy, piszczy. Tygrys dostaje szału, biega z pokoju do pokoju, kryje się w łazience. Wychowany w ogrodzie, przywykły do pól i łąk, źle znosi to siedlisko. W dodatku mamy alergiczne dziecko w rodzinie.
Każdego ranka dojeżdżam na Wyczerpy Osiedle. To piękna dzielnica. Wielkie obszary pól porosłych drzewami i wysokimi trawami, w dali las, łąki, wszędzie zieleń, pagórki. Tu już psu jest dobrze, gania, węszy. Coś znajdzie w trawie, przyniesie w pysku. Polubiły go tutejsze dzieci, głaszczą, a on obwąchuje ich buzie. No, ale w południe powrót do bloku. I już słychać wibrujące gwizdy tej maszyny stolarskiej. Pies znowu szaleje...
Obmyślamy jego przyszłość. Niestety, musimy się rozstać. Po dwóch miesiącach siostra znajduje gospodarza w podczęstochowskiej wiosce, który chętnie weźmie Tygrysa do siebie. Bolesny był dzień rozstania, obie płaczemy, obiecujemy psinie częste wizyty. Co pewien czas siostra odwiedza Tygrysa z torbą jego ulubionych kości. Pies żyje na wolności, wśród pól, lasów, w pobliżu jeziorka. I może już zapomniał o nas? Ale kto wie?
***
Co pewien czas przejeżdżam przed "naszym" domem. Nie ma tam już krzewów, drzew i pachnących w maju bzów sadzonych przez rodziców. Tylko święty Florian, malutka figurka ustawiona przed 60 laty przez ojca trwa niezmiennie na posterunku i zdaje się zapewniać: "Strzegę".
Sabina Chróstowska
Oto opowieść Sabiny Chróstowskiej.
O starym domu, Tygrysie i świętym Florianie
Po trwającej 15 lat wojennej i powojennej tułaczce mamy wreszcie własny dom. Jest rok 1951, nas pięcioro (niebawem sześcioro), w tym troje (niebawem czworo) dzieci. Cieszymy się z wysiłków ojca i matki, którzy własnymi rękami zbudowali 80-metrowy domek otoczony ogrodem. Przez dziesięciolecia trwa rozbudowa posesji, powstaje szopa, kurnik, w mieszkaniu centralne ogrzewanie, a w piwnicy prowizoryczna pralka. Jest też łazienka, to nic, że z zimną wodą, bojler zainstaluje się później, bo to tyle wydatków, a ojciec jeden pracuje na sześcioosobową rodzinę.
Przez ponad pół wieku przemieszkały tu trzy pokolenia. Ale nic nie trwa wiecznie. Zmieniają się czasy, ludzie, jedni odchodzą, inni przychodzą... Po 55 latach dom musimy opuścić. Zlikwidować całe gospodarstwo i przenieść się nieco dalej, do mniejszego pomieszczenia. Przed nami ciężkie zadanie: jak zmieścić w 64 metrach wszelkie dobra gromadzone przez dziesięciolecia?
Zaczynamy od wielomiesięcznych przemyśleń, jakby niczego się nie pozbywać? Co zabrać? Co zostawić? Niestety, ściany nie są gumowe, nie rozciągną się. Z wielu przedmiotów musimy zrezygnować, dać niektóre na przechowanie lub rozdać sąsiadom.
Zaczynamy od strychu i piwnicy. Ileż tu przeszłości! Ojcowe skrzynie, szuflady pełne gwoździ, piły, deski, heble. Wisi jeszcze tatowe ciężkie futro i baranica. Mamine szafy pełne bielizny, firanek, zasłon, maszyna Singer pamiętająca czasy okupacji, na której szyła nam sukienki. Gdziekolwiek zahaczyć, pełno pamiątek: lustra, kanapa po babci, 13 lalek Barbie Haneczki, moja algierska tunika, prezent od Zairy, fujarka z Zakopanego przywieziona pół wieku temu, maszyna do pisania z czasów Gomułki, cylinder na głowę, gdy w "Słowackim" grałam mędrca.
Podobnie w piwnicy. Jakieś resztki żelaznych maszyn, zwoje sznurów elektrycznych, stare telefony, części do pralki z lat 60., maska przeciwgazowa przywieziona z Wiednia, słoiki, butelki, bańka do bleka, rozlatująca się balia. Wiele wspomnień budzi biały kredens, pamiętający czasy przedwojenne, corocznie odmalowywany przez mamę, ozdabiany ręcznie robionymi szydełkiem zazdrostkami. Odzież, pościel, mnóstwo obrazków, cała biblioteczka, na którą wydawałam pół pensji w czasach PRL-u. Gdzie to zmieścić? Rozdać? Szkoda wyrzucić!
Siostra zamawia platformę. Będzie stać na podwórku przez kilka dni, wrzucimy tam wszystko, co do wywózki na śmietnisko. Wrzucamy, jeszcze raz przeglądamy, wyciągamy, medytujemy raz jeszcze, co z tym lub tamtym zrobić. Komu co dać? Głowa puchnie.
Zabieramy się do segregowania rzeczy najważniejszych, robimy paczki, opisujemy, dzielimy wszystko na trzy grupy. Bardzo ważne dokumenty osobiste i rodzinne trzeba zabezpieczyć specjalnie i osobiście nadzorować przewóz. Potem idą te mniej ważne, ale nadal potrzebne. Po nich sterty potrzebnej odzieży (osobno letnia, osobno zimowa). Wszystko opisujemy i numerujemy. Ważne są wszelkie pamiątki po rodzicach, znajdujemy całą dokumentację ojca z lat wojny, jego starania zbowidowskie, akta działki, na której siedzimy. Łączymy rozproszone fotografie babć, dziadków, wujków, cioć, kuzynów, opisuję każde z nich i wpisuję orientacyjną datę powstania.
Siostra zdejmuje krzyż, który wisiał przez 56 lat i ślubny portret rodziców. To zawiśnie w następnym mieszkaniu.
***
Mądry mieszaniec zwany Tygrysem żyje z nami od urodzenia, czyli od siedmiu lat. Gania z psią gorliwością za nami, a to na strych, a to do piwnicy. Niebawem jednak zaczyna się w sytuacji orientować. Coś nie tak, za dużo tu obcych ludzi. Psisko markotnieje, patrzy w oczy jakby chciało zapytać: A co ze mną? - Tygrysku, nie martw się, przyjacielu. Mamy dla ciebie siedlisko. Będziesz miał swoją kolorową budę, nie opuścimy cię, ale zrozum - musisz zamieszkać gdzie indziej. Będziemy cię często odwiedzać, przynosić kości, będziemy ganiać po polach, czesać twoją czarną sierść.
Już uzgodnione z gospodarzami, już tam Adam zawiózł psią budę. Cieszymy się, że psina będzie na wsi, tak lubił ganiać za wronami po łąkach. A tu klops! Niemal hiobowa wieść: Psa nie przyjmiemy, bo... I tu litania, jakie to sprawiałby kłopoty.
Jesteśmy z siostrą załamane. No cóż, trzeba to inaczej zorganizować. Psisko dobrze rozumie, o czym mówimy. Kładzie się obok mnie na tapczanie, liże rękę, twarz, patrzy smutno w oczy...
Opuszczamy dom. Z Tygrysem. Nie obywa się bez wzruszeń. Przychodzą nowi właściciele, siostra zdaje im klucze, wręcza małego słonika na szczęście, życzymy pomyślności.
***
Jest tu na szczęście obszerna piwnica. To dodatkowe 16 metrów, a więc miejsce na szafę, stół, zapasowe krzesła i wszelakie worki do rozpatrzenia".
Tygrys jest z nami. Jakże ślizgają mu się łapki po posadzce, jak niesprawnie wchodzi po schodach. Coś stuka z góry, coś z boku, coś burczy w łazience - nieznane mu odgłosy. Najgorszy jest jednak stolarz z piwnicy w przeciwnym bloku. Coś piłuje godzinami, maszyna huczy, piszczy. Tygrys dostaje szału, biega z pokoju do pokoju, kryje się w łazience. Wychowany w ogrodzie, przywykły do pól i łąk, źle znosi to siedlisko. W dodatku mamy alergiczne dziecko w rodzinie.
Każdego ranka dojeżdżam na Wyczerpy Osiedle. To piękna dzielnica. Wielkie obszary pól porosłych drzewami i wysokimi trawami, w dali las, łąki, wszędzie zieleń, pagórki. Tu już psu jest dobrze, gania, węszy. Coś znajdzie w trawie, przyniesie w pysku. Polubiły go tutejsze dzieci, głaszczą, a on obwąchuje ich buzie. No, ale w południe powrót do bloku. I już słychać wibrujące gwizdy tej maszyny stolarskiej. Pies znowu szaleje...
Obmyślamy jego przyszłość. Niestety, musimy się rozstać. Po dwóch miesiącach siostra znajduje gospodarza w podczęstochowskiej wiosce, który chętnie weźmie Tygrysa do siebie. Bolesny był dzień rozstania, obie płaczemy, obiecujemy psinie częste wizyty. Co pewien czas siostra odwiedza Tygrysa z torbą jego ulubionych kości. Pies żyje na wolności, wśród pól, lasów, w pobliżu jeziorka. I może już zapomniał o nas? Ale kto wie?
***
Co pewien czas przejeżdżam przed "naszym" domem. Nie ma tam już krzewów, drzew i pachnących w maju bzów sadzonych przez rodziców. Tylko święty Florian, malutka figurka ustawiona przed 60 laty przez ojca trwa niezmiennie na posterunku i zdaje się zapewniać: "Strzegę".
Sabina Chróstowska
- Dodaj komentarz
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów

