Wiesław Pięta: Wnuki też nauczę grać w tenisa

Cezary Wachelka
14.01.2012 , aktualizacja: 13.01.2012 22:54
A A A Drukuj
- Po maturze postanowiłem utrzymywać się z tenisa. W CKS Czeladź dostałem etat cieśli górniczego, po wypłatę chodziłem do kopalni. Moi rodzice byli nauczycielami i razem nie zarabiali tyle, co ja wtedy - wspomina Wiesław Pięta, były zawodnik, dziś trenerem, działacz i naukowiec.
Wiesław Pięta ma 58 lat, pracuje w Studium Wychowania Fizycznego i Sportu Akademii im. Jana Długosza. Z jego nazwiskiem związane są wszystkie wielkie sukcesy tenisa stołowego w Częstochowie. W grudniu świętował 50-lecie swojej aktywności w tej dyscyplinie sportu
Fot. Grzegorz Skowronek / AG
Wiesław Pięta ma 58 lat, pracuje w Studium Wychowania Fizycznego i Sportu Akademii im. Jana Długosza. Z jego nazwiskiem związane są wszystkie wielkie sukcesy tenisa stołowego w Częstochowie. W grudniu świętował 50-lecie swojej aktywności w tej dyscyplinie sportu
Cezary Wachelka: Podobno osiwiał Pan przez kobiety? A konkretnie przez tenisistki, które Pan trenował. To prawda?

Wiesław Pięta: Nie, to raczej genetyka. Po mamie. Ale kiedy na mojej głowie pojawiły się pierwsze siwe włosy, dziewczynom się podobało. Podkreślały, że mają przystojnego trenera.

Tenis stołowy to też geny.

- Można tak powiedzieć. Pochodzę z małej miejscowości Pławniowice obok Gliwic. W mojej szkole nie było sali gimnastycznej, więc na okrągło graliśmy w piłkę nożną i tenisa stołowego. Jak była dobra pogoda, biegaliśmy za piłką. Gdy padał deszcz, rozstawialiśmy stół. Lepiej szło mi z pingpongiem, może też dlatego, że grali w niego ojciec i brat. Tak się zaczęło.

Pierwsze poważne zawody?

- Niedawno znalazłem dyplom. 4 grudnia 1961 roku wystartowałem w mistrzostwach młodzików w Pławniowicach. Wtedy to była najmłodsza kategoria wiekowa, teraz są jeszcze młodsze: skrzaty i żacy.

Tak rozpoczęła się piękna kariera.

- Zaczynałem w Olimpii Pławniowice. To w tym klubie uczyłem się grać i osiągnąłem pierwszy znaczący sukces: zostałem wicemistrzem Polski młodzików. Potem od 1967 do 1973 roku byłem w AZS Gliwice. W 1970 roku jako 16-latek zadebiutowałem w rozgrywkach ligowych. Pamiętam, jak dziś, że graliśmy z ówczesnym mistrzem Polski Spójnią Warszawa. Po maturze postanowiłem utrzymywać się z tenisa. Poszedłem do CKS Czeladź. Dostałem etat cieśli górniczego, po wypłatę chodziłem do kopalni. Rzeczywiście zarabiałem niezłe pieniądze. Moi rodzice byli nauczycielami i razem nie mieli tyle, co ja wtedy.

Dziś można zarobić na tenisie stołowym?

- W innych krajach tak, w Polsce nie. Z tego co wiem, dobre pieniądze zarobili tylko dwaj polscy zawodnicy: nieżyjący już Andrzej Grubba oraz Lucjan Błaszczyk. Ale oni byli na szczycie przez prawie 20 lat i grali w lidze niemieckiej.

Pan w Czeladzi nie był tak długo.

- No nie, ale dobrze wspominam tamten czas. Grałem w zawodowym klubie, walczyliśmy o pierwszą ligę. Jednak w pewnym momencie doszedłem do wniosku, że tenis stołowy to nie wszystko, muszę skończyć studia.

Tak trafił Pan do Częstochowy.

- To było w 1974 roku, choć już wcześniej Jan Ślęzak - częstochowski zawodnik i trener - jeździł za mną i prosił, żebym przyszedł do tutejszego AZS-u. Nie chciałem, bo tutaj była ledwie A-klasa. No, ale zadecydowały studia (wybrałem pedagogikę z wychowaniem fizycznym). Ponieważ byli tu zdolni zawodnicy, w ciągu trzech lat udało nam się awansować do II ligi.

W 1977 roku z Janem Ślęzakiem znalazł się Pan w dziesiątce najpopularniejszych zawodników województwa częstochowskiego.

- Na mecze przychodziło wtedy naprawdę sporo osób, a zespół, chociaż graliśmy w drugiej lidze, był na miarę pierwszej. Doszło do nas dwóch świetnych tenisistów: Krystian Podeszwa i Janusz Haszcz. Mankament był jeden - nie mieliśmy gdzie grać. W jednym sezonie korzystaliśmy z sali w szkole przy ul. Warszawskiej, potem graliśmy w "Sienkiewiczu", w klubie Politechnik, wreszcie w auli ówczesnej Wyższej Szkoły Pedagogicznej. Oj, ta pierwsza liga była bardzo blisko, ale kilka wydarzeń sprawiło, że nie awansowaliśmy. M.in. to, że wzięli mnie do wojska.

Przez armię zabrał się pan za pracę trenerską.

- W tamtych czasach po studiach szło się do wojska na rok. Ale akurat był stan wojenny, więc przedłużyli mi okres pobytu w armii do 15 miesięcy. Wtedy postanowiłem zakończyć karierę zawodnika i skoncentrować się na pracy trenerskiej. Co prawda w latach 90., kiedy męska drużyna AZS-u grała w I lidze, zdarzało się, że brałem rakietkę i stawałem do rywalizacji. Do dziś zresztą to robię, gdy na zawodach nie ma kto grać.

Pierwszy zespół po opieką?

- To był rok 1984 i drużyna wielkich nadziei: Jarek Kamiński, Darek Szlubowski, Janusz Haszcz, Maciek Terefinko... Ale pracowałem z nimi krótko, na stanowisku trenera zastąpił mnie Janusz Haszcz. Ja w 1985 roku zająłem się szkoleniem dziewczyn w AZS-ie.

Podziel się

  • 7 komentarzy
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    8 głosów

  • Wiesław Pięta: Wnuki też nauczę grać w tenisa adamico9 14.01.12, 21:30

    Trzymaj się Wiesiu! jesteś the best, rzadko się takich ludzi jak ty spotyka! Po prostu prawdziwi częstochowianie, prawdziwi sportowcy -to ty, o czym wielu nie wie! Pamiętaj też o śp. Jarku »