Spoko, nie wykrwawi się

Joanna Skiba
25.05.2011 , aktualizacja: 24.05.2011 19:28
A A A Drukuj
Lekarz odmówił wyjścia przed szpitalną bramę do rannego. - A ten leżał we krwi sto metrów od wejścia na SOR. Fakt, pijany, ale przecież człowiek - opowiada świadek. - Wezwałem pogotowie. Przewiozło go ten kawałek
Karetka pogotowia
Fot. Grzegorz Skowronek / AG
Karetka pogotowia
Pan Arkadiusz jechał ul. Mirowską. Był piątek wieczorem. Tuż przed szpitalem dwie panie pochylały się nad zakrwawionym człowiekiem. - To wyglądało poważnie, zatrzymałem się - opowiada. - Facet był pijany, ale jednak ranny. Panie dzwoniły po pogotowie. Powiedziałem, że to bez sensu, skoro za plecami mamy szpital.

Pan Arek pobiegł na SOR. Chciał ściągnąć kogoś z wózkiem albo noszami. - Ale od lekarza usłyszałem, że ten pijany był już tam trzy razy i - spokojnie - na pewno się nie wykrwawi. To facet ranny już trzy razy był na oddziale ratunkowym, a tam mu nawet opatrunku nie zrobili?! - relacjonuje.

Nad pijanym rannym znowu pochylili się przechodnie. Zapadła decyzja, żeby jednak wezwać pogotowie. Przyjechało, choć ciut zdziwione adresem wezwania. Obejrzało rannego, zapakowało do karetki i... przewiozło go te 100 m z placyku przed bramą Zawodzia na jego SOR.

- Co to za porządki - denerwuje się pan Arek. - Choć pijany, to przecież człowiek... Poza tym za wezwanie pogotowia zapłacili podatnicy, a można się było bez tego obejść. Wystarczyło, żeby lekarz przeszedł te 100 m. Powinno się go obciążyć kosztami przejazdu karetki.

Inni świadkowie wydarzenia też byli zbulwersowani. Do tego stopnia, że zadzwonili na policję, by naskarżyć na opieszałego lekarza. - I co usłyszeliśmy od dyżurnego policji? Że oni się tym nie zajmą i możemy najwyżej napisać skargę do szpitala. Wtedy to mi już zupełnie ręce opadły...

Głośne były podobne sprawy w innych miastach. Tam lekarz zwykle twierdził, że nie może wyjść poza SOR. Czy i w tym wypadku chodziło o przepisy?

- Lekarz rzeczywiście nie powinien opuszczać miejsca pracy - mówi dyrektor szpitala miejskiego (Zawodzie jest jego częścią) Dariusz Kopczyński. - Ale my zwykle to robimy, gdy np. na ruchliwej drodze obok jest jakiś wypadek. Złamaliśmy ten przepis również wtedy, gdy ktoś zadzwonił z alarmem, że z Warty wyciągnięto tonące dziecko. Pobiegliśmy aż pod areszt, żeby je ratować, pogotowie nie przyjechałoby prędzej. Wtedy jednak nikt się nie bulwersował i nie zawiadamiał mediów. Inna sprawa, że w tym przypadku lekarz rzeczywiście powinien wyjść i obejrzeć rannego. Sprawdzę, dlaczego tego nie zrobił. Widział co prawda wcześniej tego pana, ale skoro pijany człowiek się przewrócił, mógł uderzyć głową w krawężnik i być w znacznie poważniejszym stanie niż podczas pobytu na SOR-rze.

Dyrektor podkreśla, że nawet gdyby lekarz był zajęty innym pacjentem, powinien wysłać ratownika, by ten choć zerknął na obrażenia rannego.

Szpital przy ul. Mirowskiej - w niezbyt spokojnej okolicy - ma liczne doświadczenia z pokiereszowanymi nietrzeźwymi. Niektórzy to wręcz stali klienci, od razu rozpoznawani przez personel medyczny.

- Jest z nimi trochę problemów. Wymagają głębokiej diagnostyki, np. tomografii głowy, a na koniec się okazuje, że badania były niepotrzebne, bo pacjentowi dolegała wyłącznie nietrzeźwość. Gorzej, że czasem nie czekają na badanie, tylko nagle po prostu wychodzą. Albo nie pozwalają się zbadać, krzyczą, zaś pacjenci w poczekalni myślą, że my się nad tymi ludźmi znęcamy - opowiada dyr. Kopczyński. - Jednak gdyby przez niedopatrzenie lekarza coś się tym ludziom stało złego, prokurator by nie pytał: pacjent był trzeźwy czy nie. Bo wtedy każdy jest równy. Dlatego tym bardziej lekarz powinien obejrzeć rannego przed naszą bramą.



Komentarz

Postawa przechodniów z ul. Mirowskiej - szczególnie że mamy tak dużo obojętności na ulicach - naprawdę godna jest pochwały. Postawa lekarza zasługuje tylko na potępienie. A jednak powiedzmy to sobie brutalnie i wprost: póki jesteśmy wraz z pijanym przed szpitalem, oburzenie nas trzęsie na tę okropną służbę zdrowia; gdy jednak siedzimy na SOR-ze, w kolejce pacjentów... Bo to jest tak: siedzisz w tej kolejce, zwykle długo, gdy nagle podjeżdża karetka z pokiereszowanym pijakiem. Nie ustawia go w kolejce, bo karetka ma pierwszeństwo. Czekasz więc, aż lekarz pijanego zbada, prześwietli, pozszywa. W ciągu ostatniego roku spędziłam tak na Zawodziu dwa wieczory i jedną noc. A ze mną inni - połamani, poskręcani z bólu. I padały komentarze: - Ledwie żyję, ale ważniejszy jest pijak, bo go karetka przywiozła. Ja miałem/miałam wypadek, a ten się sam doprowadził do takiego stanu. To skandal.

Zgadza się, skandal. Ale tym razem wystarczyło wyjść ze szpitala, przejść 100 m, przemyć ranę i przykleić plaster.

Podziel się

  • 11 komentarzy
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    17 głosów